Filth Of Mankind powstało późną zimą lub wczesną wiosną 1996 roku kiedy Maciek, Miłosz, Lażej i Balon, wcześniej grający jako Abnormal Citizens zaproponowali mi dojście do zespołu. Od razu uzgodniliśmy, że zamiast kontynuować muzykę A.C., pójdziemy w innym kierunku, w związku z czym za wskazaną uznaliśmy zmianę nazwy (przy czym zresztą obstawałbym nawet gdybyśmy mieli kontynuować kierunek wyznaczony przez ostatnie dokonania A.C., jako, że i one kompletnie odbiegały od jedynej dostępnej i - niestety! - całkiem dobrze rozprowadzanej kasety A.C., nagranej - jeszcze bez Maćka z zupełnie innym wokalistą - kiedy Miłosz miał bodajże z piętnaście lat; zakładając F.O.M. zdecydowanie nie chcieliśmy być kojarzeni z tym materiałem). Od początku postawiliśmy na ciężkie brzmienie i przytłaczający nastrój muzyki zilustrowanej tekstami poświęconymi tematom tyleż oklepanym (na punkowej scenie), co wciąż aktualnym i wkurwiającym - machlojom polityków, brutalności ich umundurowanych pachołków, szaleństwu nieustającej konsumpcji, nędzy wegetacji w trybach kapitalistycznej machiny czy chorym normom moralnym wpajanym nam praktycznie od urodzenia i owocującym skrajną nietolerancją, brakiem zrozumienia czy choćby tylko uszanowania jakiejkolwiek odmienności. Jeszcze jednym istotnym wątkiem naszych tekstów stały się wizje zagłady, ku której nieuchronnie naszym zdaniem zmierza gatunek ludzki. Do takiej koncepcji przekazu muzyczno-werbalnego idealna wydała nam się nazwa pochodząca z kawałka Misery - Filth Of Mankind, czyli Brudy Ludzkości.
Takoż też się ochrzciliśmy i po paru miesiącach prób i tworzenia materiału (w części opartego o ostatnie - w większości znacząco przerobione - kawałki A.C., w dużej części tworzonego od podstaw) oraz po wakacyjnej przerwie, zagraliśmy swój debiutancki koncert. Jeszcze bodaj tydzień przed nim, mieliśmy wystąpić jako support dla Tolshock ze Szwecji i angielskiego Maggot Slayer Overdrive, tymczasem ostatecznie oba zespoły odwołały swój przyjazd do Polski i to my byliśmy „supportowani” przez (chyba) również debiutujące Yuppie Scum i Crucial War. W obu tych kapelach grał Michał, który dwa lata później został członkiem F.O.M. i jest nim do dziś. Inną ciekawostką może być fakt, że wokalistą Yuppie Scum był Franek, czyli niegdysiejszy poprzednik Maćka w A.C. Koncert ten wspominamy bardzo miło, był to zdecydowanie udany start, po którym z zapałem wzięliśmy się za przygotowanie kolejnych. Drugi i to na dużym, zagranicznym festiwalu udało nam się zagrać już niecałe trzy tygodnie później - jako, że już wcześniej na słynnym Zoro Fest w Lipsku miał zagrać drugi zespół Maćka, Miłosza i Balona, czyli Money Drug, logicznym wydało nam się spytanie organizatorów czy i my nie moglibyśmy tam wystąpić. Odpowiedź była twierdząca i tak oto drugi koncert w „karierze” zagraliśmy dla kilkuset osób, w tak doborowym towarzystwie jak Dropdead, La Fraction czy Sarcasm. Warto tu przy okazji nadmienić, że jak na prawdziwych punków przystało od granicy (do której dotarliśmy pociągiem) jechaliśmy (wraz z liczną towarzyszącą nam załogą) stopem - ciekaw jestem, którą kapelę stać na coś takiego obecnie? Zresztą jeśli chodzi o sposoby jeżdżenia na koncerty w ogóle byliśmy nieźli - np. na mini traskę do Szwajcarii (luty’97) udaliśmy się pociągiem przemierzając Niemcy na bilecie weekendowym (kosztujący wówczas ok. 20 DM bilet na 5 osób umożliwiający podróż po całym kraju, ale tylko pociągami osobowymi, które w Niemczech nie kursują na trasach dłuższych niż jakieś dwie godziny, więc przez jeden dzień ledwie zdołaliśmy dojechać do Karlsruhe, gdzie spędziliśmy noc na skłocie Steffi, a do granicy dotarliśmy dopiero następnego dnia), a w samej Szwajcarii pierwotnie mieliśmy plan jeździć pociągami na gapę, a gdy to się szybko okazało niezbyt łatwe, ani wygodne (bo przerywane wyrzucaniem z pociągu), od drugiego dzionka zaczęliśmy zwiedzanie tego kraju na lewych biletach - to już powiodło się znakomicie i bez żadnych problemów zagraliśmy trzy koncerty w kraju serów, zegarków i nazistowskiego złota (to pewnie w nie świstak siedzi i zawija Milkę). Oprócz samych koncertów (które do dziś wspominamy jako jedne z najlepszych!) spędziliśmy tam jeszcze ze dwa dni bawiąc miedzy innymi na pierwszorzędnym karnawale w Luzernie - zabawa po prostu rewelacyjna, ani mi się śni próbować ją opisać, w każdym razie do dziś nie widziałem lepszej imprezy ulicznej. Ciekawostką może być fakt, że wg plakatów zapowiadających nasze występy na żadnym z nich nie nazywaliśmy się Filth Of Mankind. W Genewie poster anonsował nas jako Souls Of Minking (u boku Money Joke!), w Luzernie było prawie dobrze, acz nie wiedzieć czemu na końcu pierwszego członu nazwy dodano nam literkę T, a w Winterthur byliśmy już Filth Of Extinction! Co ci „Szwajcarczycy” palą (i w jakich ilościach)??? Jako, że po drodze do domu mieliśmy Lipsk, postanowiliśmy sprawdzić czy nie da się tam ponownie zagrać. W czasie rozmowy z Andre okazało się, że akurat ma tam grać Homomilitia i nie będzie problemu, żebyśmy tam za browary i jedzenie zagrali. Niestety po przyjeździe na miejsce okazało się, że ani Homiki, ani jeszcze jedna (chyba szwajcarska) kapela, która miała tam grać nie dotrą i że na dobrą sprawę ratujemy imprezę, bo poza nami jest tylko lokalny (tzn. chyba nie z samego Lipska, ale z okolicy) World Of Scum. W międzyczasie ludzie z Lipska zaproponowali nam byśmy zagrali jeszcze zamiast Homomilitii następnego dnia w pobliskiej Zeulenrodzie, na co oczywiście przystąpiliśmy. Niestety nikt nie uprzedził nas, że aby tam dotrzeć musimy wyruszyć rano. Wyjechaliśmy więc chyba ok. 16, jako że koncert zacząć się miał w okolicach 22, wydawało nam się, że to spokojnie wystarczy. Koło 19 dotarliśmy do położonej o jakieś 20-30 km od celu naszej wyprawy miejscowości Gera, gdzie okazało się, że ostatni pociąg do Zeulenrody odjechał tego dnia parę godzin wcześniej. Zdesperowani próbowaliśmy jeszcze dodzwonić się do organizatora koncertu, żeby zorganizował nam jakiś transport (np. prosząc kierowcę World Of Scum, który też miał tam grać), ale gościu był już na miejscu, gdzie jak na złość nie było telefonu (rzecz zaiste nieczęsta w Niemczech, nawet na skłotach), a jego siostra, z którą rozmawialiśmy nie była skłonna osobiście się tam pofatygować. W tej sytuacji musieliśmy złapać ostatni powrotny pociąg do Lipska i spędzić kolejną nockę na Zoro.
Kolejne wyjazdy na wariackich papierach to majowy koncert w Neubrandenburgu i czerwcowy w Rostocku, na urodzinach tamtejszego JAZ. Była to kolejna duża impreza, gdzie oprócz nas i Money Drug wystąpiło sporo kapel, m.in. zespół naszego przyszłego wokalisty Tomka, czyli Enough!, a także Homomilitia, szwedzki Yuppiecrusher, ASE, Unsilent Minority, Inward itd. Oczywiście my wraz z załogą znowu próbowaliśmy jazdy na lewych biletach, co tym razem skończyło się zarekwirowaniem tychże od razu na niemieckiej granicy. Ponieważ tego dnia jechaliśmy jeszcze do Berlina zobaczyć koncert Dystopii i Unhinged, postanowiliśmy znowu łapać stopa, a następnego dnia do Rostocku pojechaliśmy już legalnie, znowu na bilecie weekendowym (zaiste świetny to wynalazek, smutne są więc
wieści jakoby chciano go unicestwić, zresztą i tak już w obecnej chwili nie jest on tak korzystny jak w owym czasie). W każdym razie wpadka z biletami jakoś nas nie zniechęciła i we wrześniu znowu zafundowaliśmy sobie bezpłatną (no, prawie, ostatecznie sam blankiet kosztował parę złotych) wycieczkę na Vort’n’Vis Fest w Ieper. Impreza ta lata świetności (kiedy gościła zespoły pokroju Doom, Health Hazard itp. i była największym chyba punkowym festiwalem w Europie) miała już dawno za sobą, niemniej i tak parę fajnych zespołów miało tam wystąpić. Festiwal zaczynał się w piątek, jako jeden z pierwszych zespołów wystąpił Money Drug, wkrótce później na scenę wszedł lokalny Time Out. W trakcie występu, ku przerażeniu wszystkich znajdujących się na sali, gitarzysta zespołu spadł ze sceny i na naszych oczach zaczął umierać, przyjechało pogotowie, próbowano ratować go elektrowstrząsami, niestety bez skutku. Jak się potem okazało, Dirk od lat miał problemy z sercem i zmarł na wylew. Oczywiście festiwal został odwołany, a my zostaliśmy kolejne dwa dni w Vort’n’Vis. W sobotę dołączyli do nas Japończycy z Battle Of Disarm, którzy też mieli grać na festiwalu oraz jeżdżący z nimi jako kierowcy Martin i Marta z Malarie Records. Ponieważ w poniedziałek mieliśmy grać koncert w położonym nieopodal Gencie, a B.O.D miało parę dni wolnych na trasie, zaproponowaliśmy im wbicie się na nasz koncert. Jak się potem okazało nasza chęć pomocy na dobre nam nie wyszła - ponieważ składy M.D. i F.O.M. dość mocno się pokrywały, umówiliśmy się, że B.O.D. wystąpi w środku. Koncert zaczął się dość późno, pierwszy zagrał Money Drug, następnie Japończycy, a nam po pierwszym kawałku oznajmiono, iż na zewnątrz skłotu pojawiła się policja, która twierdzi, że jest za głośno. Ściszyliśmy piece tak, że były zagłuszane przez perkusję, zagraliśmy drugi song i okazało się, że wciąż jest za głośno. Zatem nie pozostało nam nic innego jak przerwać występ - w ten oto sposób zamiast dwóch planowanych koncertów w Belgii udało nam się zagrać ledwie dwa kawałki... Dodam jeszcze, że noc na skłocie też zbyt miła nie była ze względu na obecność dziesiątek latających bezpańsko psów, sporej ilości ich odpadów, a przede wszystkim robactwa, które pożarło część z nas (załoga z Battle Of Disarm na widok warunków do spania wyemigrowała na noc do vana)... Niezbyt to udany wojaż, ale jak to mawiał Lażej „nauczki są zawsze na kacu”.
Rok 1998 przyniósł nam pierwszą trasę z prawdziwego zdarzenia - dłuższą niż parę koncertów i wreszcie wygodnie, samochodem, nie jakimiś lewymi pociągami czy stopem... Oczywiście znowu z Money Drug. Szczegółową relację z tej wyprawy znajdziecie TUTAJ, naprawdę uważam, że warto się zapoznać z wszystkimi przygodami i niebezpieczeństwami, którym przyszło stawić nam czoło.
Z kolei jakiś czas później zostaliśmy zaproszeni do Elbląga. Koncert odbywał się w domu kultury pośrodku betonowego blokowiska, obok nas i będącego główną atrakcją Wind Of Pain z Finlandii grał jeszcze jeden band z Gdańska, mianowicie Belfast (nowa kapela Michała i Ciapy), była to niedziela, Elbląg położony jest ledwie 60 km od Gdańska, więc przyjechaliśmy dość liczną hordą. Byliśmy na miejscu już koło południa, zatem zostawiwszy graty w klubie, poszliśmy wraz z lokalną załogą pograć w piłkę. Mecz był fajny, zmęczeni wracamy do klubu, wyszło tak, ze kilkuosobową gromadką znacznie wyprzedziliśmy peleton, tymczasem pod klubem napotykamy znacznie bardziej liczebną ekipę nazioli. Chwila konsternacji, postanawiamy jednak iść przed siebie, robimy parę kroków i wieśniaki zwiewają. Niestety okazało się, ze od tej pory już do samego koncertu, dzień miał być przerywany podjazdami benków, których stać było na podbieganie do klubu, obrzucanie go kamieniami i szybką ewakuację gdy w drzwiach klubu pojawiały się punki. Jakkolwiek nużące, nie byłoby to większym problemem, gdyby w pewnym momencie debile nie skumali, że samochód na fińskich numerach może należeć do punkowej kapeli - niestety wybili w nim szyby, co dość konkretnie popsuło nam humor (do spóły z najgorszym sprzętem, na jakim kiedykolwiek graliśmy - nauczeni tamtym doświadczeniem postanowiliśmy wówczas, że gdyby taka sytuacja spotkała nas ponownie, to wolimy nie grać w ogóle).
W czerwcu tego samego roku ja byłem na miesięcznych praktykach szkolnych w Danii, w tym czasie reszta kapeli miała zagrać na jedną gitarę dwa koncerty - w Ostrowie Wlkp. i dzień później na punk picnicu na wrocławskim skłocie Rejon. Niestety z pewnych względów na koncerty te nie pojechał także Maciek, więc obowiązki wokalne dzielili między sobą Miłosz z Balonem (co zresztą miało też miejsce w Elblągu). Z tych i innych względów koncert w Ostrowie wyszedł źle, a w nocy Lażej stwierdził, że ma dość grania i że zamiast do Wrocka jedzie do domu. Oczywiście na występ w dwie osoby Balon z Miłoszem już się nie zdecydowali (mino, że do Wrocławia i tak pojechali grać z Money Drug), a wkrótce potem posadę basisty zaproponowali Michałowi. Dwa czy trzy dni później do Polski wróciłem też ja i w ciągu tygodnia napierdzielaliśmy niemal codzienne próby, bo tylko tyle czasu mieliśmy na przygotowanie się do pierwszego w tym składzie koncertu. Na szczęście mieliśmy ku temu warunki, bo był to okres rozkręcania skłotu Rzeźnia, w którym praktycznie wszyscy (ze szczególnym uwzględnieniem Michała) braliśmy udział i tam też mogliśmy próbować. Debiut Michała w naszych szeregach przypadł na tzw. HC/Punk Fiesta w Sopocie. Zajebista imprezka odbywająca się tuż przy plaży w klubie Maroko, niestety w pewnym momencie doszło do jakiejś bójki wywołanej przez bramkarzy - debili i fiesta skończyła się zanim wystąpił jedyny zagraniczny band tej nocy - grecki Hibernation.
Latem zaliczyliśmy po raz drugi podwarszawski Totalny Rozpierdol Systemu, co stało się tradycją kontynuowaną jeszcze przez kolejne dwa lata (cholera, gdyby nie to, że nasz debiut miał miejsce 2-3 miechy za późno, to byśmy wystąpili na pięciu pierwszych TRS-ach!), tym razem już nie w Podkowie Leśnej (która to lokalizacja została odwołana niemal w ostatniej chwili), a bodajże w Książenicy - świetna lokalizacja, jeziorko, upalna pogoda, mnóstwo dobrych kapel i git atmosfera - festiwal ten do dziś wspominam z rozrzewnieniem. Mieliśmy grać pierwszego dnia jako przedostatni zespół, ale zanim przyszła nasza kolej rozpętała się ulewa, która nam to uniemożliwiła i bardzo dobrze - o tej bowiem godzinie ze względu na huczną celebrację tego punkowego święta mielibyśmy bez wątpienia ogromne trudności z trafianiem w struny... Z kolei dnia następnego daliśmy z siebie wszystko i sądząc po tłumie pod sceną nie była to plama J
We wrześniu ponownie udaliśmy się do Belgii. Organizator Leed Festival w Ieper zaprosił nas i Money Drug na 3-4 koncerty z Doom, niestety na parę dni przed wyjazdem okazało się, że będą tylko dwa, a po przybyciu na miejsce oświadczył, że czeka nas jedynie występ na samym festiwalu. Oczywiście oznaczało to porażkę finansową, ale cóż było robić. Jeszcze przed wyjazdem było wiadomo, że nie może jechać z nami Maciek, tym razem poza Miłoszem i Balonem część ryków wziąłem na siebie i ja, co oczywiście było sporym obciążeniem psychicznym. Graliśmy w sobotę dość wcześnie, pierwszy kawałek, sala V’n’V zaczęła się zapełniać i... Miłosz zerwał strunę. To co wtedy wykonaliśmy powinno przejść do historii jako antywzór postępowania w takich przypadkach: najpierw Miłosz (mocno jeszcze zgłuszony przeżyciami nocy, w czasie której nie zmrużył oka (alko & co), ) dłuuugo szukał zapasowych strun, potem się nastroił, jak się okazało inaczej niż my i (nie wiem co za logika kazała nam to zrobić) nasze gitary zaczęliśmy przestrajać pod niego. Krótko mówiąc chyba z 10 minut (jak nie więcej) przerwy i to zaraz na samym początku setu... Poracha. Na szczęście jak wznowiliśmy gig, poszło już OK i publika ponownie wróciła z dworu do środka...
W drodze powrotnej z Ieper zatrzymaliśmy się na noc na skłocie Jonruelle w Liege, gdzie ekipa z Unhinged powiedziała nam, że następnego dnia gra w leżącym nam po drodze do domu Bielefeld razem z Dropdead. Oczywiście (jako, że nie robiło nam szczególnej różnicy czy dojedziemy do domu dzień wcześniej czy później) postanowiliśmy tam pojechać obejrzeć obie bardzo lubiane przez nas kapele, a przy okazji spróbować się wkręcić i też zagrać. Oczywiście organizator słysząc, że jesteśmy skłonni zagrać tylko za żarcie i browary bez wahania na to przystał i tak oto przynajmniej w minimalnym stopniu zrekompensowaliśmy sobie odwołane gigole w Belgii.
Z kolei w listopadzie mieliśmy okazję zagrać wraz z Money Drug i dwiema lokalnymi kapelami w Łodzi, na pierwszym koncercie robionym na tamtejszym skłocie C-4. Cóż, koncert był OK, ale ważniejsze jest to, że miejsce to odwiedzaliśmy potem jeszcze kilkakrotnie, między innymi grając na jego kolejnych urodzinach. Swoją drogą był to też ostatni koncert zagrany przez nas wspólnie z Money Drug (czy raczej uściślając w ogóle chyba ostatni koncert Money Drug).
Jeszcze w tym samym miesiącu Miłosz wyjechał na pół roku do Stanów, szukając dla niego zastępstwa na ten czas zwróciłem się do Tomka grającego w przeżywającym wówczas zastój (jak się później okazało ostateczny) Enough! Chętnie przystał on na propozycję i już na początku stycznia udało nam się zagrać z nim koncert, jak się okazało jedyny w tym składzie, ale z kolei zanim powrócił Miłosz, rozstał się z nami (a raczej ze sceną w ogóle) Maciek. Zatem Tomek oddał Miłoszowi gitarę, a przejął mikrofon. W ten sposób ustalił się praktycznie najbardziej znany skład F.O.M.
CDN. (przy kolejnej aktualizacji)