F.O.M. pochodzi z Gdańska i istnieje od połowy 1996 roku. Większość członków F.O.M. grała wcześniej w Abnormal Citizens, poza tym niektórzy udzielali się w Money Drug, Stench Of Death, Noise Grass i Handicap. Obecny skład to: Maciek – wokal, Miłosz – gitara, wokal, Paweł – gitara i wokal, Michał – bas, Balon – perkusja i wokal. Wywiad pochodzi z lutego’99, pytania zadawał Paweł, a odpowiadali: P – Paweł (Wolf) i B – Balon (też Paweł), czyli 3 x P(aweł).
1.Wasza muzyka, wasze teksty, logo, covery, które gracie, nazwa kapeli, wasze koszulki i naszywki... Misery i Amebix... Dlaczego akurat te zespoły i dlaczego chcecie aby kojarzono was z nimi?
P: Hmm... nie wydaje mi się byśmy świadomie chcieli aby kojarzono nas z tymi zespołami. Po prostu wszyscy bardzo je lubimy. Należą one do czołówki faworytów chyba każdego z nas (choć gusta mamy szerokie i często rozbieżne). Upodobanie to znajduje więc naturalnie jakieś odbicie w muzyce, która gramy, no i także w coverach.
B: Poza tym nie tylko te dwa zespoły miały wpływ na nas. Dlaczego akurat te zespoły? Amebix, ponieważ potrafił stworzyć specyficzną energię, klimat i przekaz. Natomiast Misery było dla mnie połączeniem, esencją ciężkiego brzmienia i punk rockowej melodyjności (choć pewnie ci, którzy w takiej muzyce nie gustują, stwierdzą, że melodii w tym nie ma).
P: Wydaje mi się też, ze ludzie porównują nas akurat do rzeczonych kapel właśnie przez te zewnętrzne rzeczy (nazwa, covery, koszulki, naszywki itp.). Z kolei nam absolutnie nie zależy na wypieraniu się swoich fascynacji (choć czasy gdy spacerowałem po zmroku, na deszczu, wsłuchując się w płynące ze słuchawek dźwięki „Drink And Be Merry” czy „The Darkest Hour” raczej minęły...).
B: Nazwa kapeli, co tu dużo ukrywać, wzięta od jednego z kawałków Misery, wydała nam się adekwatna do tego , co swoimi tekstami chcemy ludziom uświadomić, przekazać czy sprowokować do myślenia. Brudy Ludzkości – o tym właśnie opowiadają teksty.
2.Kto pisze teksty? Dlaczego są tak pesymistyczne i mroczne? Czyżby człowiek był aż tak chorym stworzeniem, że wkrótce sprowadzi zagładę na naszą planetę?
P: Początkowo wszystkie teksty pisał Balon, zresztą część z nich pochodzi jeszcze z poprzedniej kapeli jego, Miłosza i Lażeja (nasz pierwszy basista). Potem i ja dorzuciłem swoje trzy grosze...
B: Są one po części odzwierciedleniem spojrzenia na świat także i reszty zespołu, nie ma tu tekstów, które nie zostaną zaakceptowane przez wszystkich. Rzeczywiście czytając je można nabawić się depresji. Raczej są one mocno pesymistyczne, ale naprawdę nie interesuje mnie śpiewnie o tym jaki ten świat jest wspaniały, gdy w rzeczywistości codzienność przepełniona jest brutalnością i głupotą.
P: Faktycznie, obserwacja tego, co wyprawiają tzw. rozumne istoty, przeraża i załamuje. Człowiek zdaje się być tak bezdennie głupi, tak zaślepiony i arogancki, że trudno dojrzeć realne szanse na uniknięcie zagłady gatunku, czy też planety w ogóle. Spójrz dookoła – karuzela ślepej pogoni za konsumpcyjnymi dobrami rozkręca się przekraczając granice szaleństwa. Wartości takie jak świeże powietrze, czyste środowisko nie mają znaczenia wobec potrzeby zbudowania autostrady czy setnego hipermarketu (choć sam nie byłem, to zapraszam do gdańskiego Auchan – 78 kas, a przed świętami do każdej stało się ponoć30-40 minut – obłęd!). Chamstwo i bandytyzm kwitną zarówno na ulicach, jak i w parlamencie, a większość społeczeństwa stać co najwyżej na przeklinanie gnoi, których sami wybrali i bezrefleksyjne wybranie kolejnych, którzy znowu ich „oszukają”, bo takie są mechanizmy władzy, a w obliczu wartości niesionych przez naszą „kulturę” uczciwość osoby „na stołku” postrzegana byłaby nie jako cnota, lecz raczej jako głupota i brak sprytu, marnowanie okazji...
B: Nasz przekaz nigdy nie był nowatorski czy oryginalny. Poruszamy najbardziej wkurzające nas problemy ("oklepane" na punkowej scenie) - seksizm, policja, kościół, polityczne machloje, a także dużo jest pesymistycznych wizji zagłady dla naszego gatunku. Wydaje mi się, że właśnie w kierunku zagłady on się skłania. To smutne, że im większe są osiągnięcia i możliwości ludzkie, im szybszy jest ich postęp tym stanowią one coraz większe zagrożenie dla ludzkości. Ten wiek był chyba tego najlepszym dowodem. Można pokusić się o stwierdzenie, że był początkiem końca tej planety. Technologiczne możliwości zmaterializowane w postaci kolejnej megazabójczej broni - szkoda, że wiedza jaką| obecnie posiada człowiek wykorzystywana jest w zupełnie irracjonalny sposób. Czy ktoś myślał jak ten świat będzie wyglądał za 100 czy 200 lat?
3.Graliście już trochę koncertów za granicą – jakie wrażenia? Gdzie grało wam się najlepiej? Czy zagraniczna publiczność dobrze przyjmowała was na koncertach? Czy różnice pomiędzy „sceną” w Polsce, a w innych krajach są bardzo duże? Co byście przenieśli ze „scen” zachodnich na polski grunt?
B: Szczerze mówiąc zagranicą graliśmy więcej koncertów niż w Polsce. To, jak byliśmy przyjmowani zależało głównie od miejsca, w którym graliśmy - na szczęście były to skłoty, tyle, że czasami mieszkali tam różni, dziwni ludzie, a brak było punków - wtedy nie było żadnej reakcji ze strony publiki. Zdarzało się też tak, że punki były zajęte piwem i przy barze i miały w dupie to, że ktoś się produkuje na scenie.
P: Tak, pamiętam w Turynie graliśmy może dla 15-20 osób, z których nikt żywiej nie reagował, a w barze było wówczas 2-3 razy więcej ludzi (ale i tak było nienajgorzej - ci co byli chociaż klaskali, a po jakichś 2 godzinach, jak grali nasi kumple na sali zostały 4 osoby, wliczając dwóch z nas!, a bar dalej święcił triumfy...). Najchujowiej było w Gencie (Belgia -dop. red.) - publika do dupy, a po drugim kawałku koncert przerwali gliniarze.
B: Za to nąjlepiej grało mi się w Nancy, Luzernie, Ljubljanie, Ilirskięj Bistricy (gdzie był chyba najprofesjonalniej nagłośniony koncert).
P: Ja bym tu wymienił jeszcze Genewę (zresztą wszędzie w Szwajcarii było super) i festiwal w Lipsku - to był zresztą nasz zaledwie drugi koncert.
B: Osobiście wielkich różnic pod względem zespołów czy wydawnictw nie zauważyłem, dużą natomiast w sposobie życia punków - na zachodzie masa squatersów, natomiast w Polsce większość punków żyje z rodzicami. Z tym wiążą się też miejsca, w których odbywają się koncerty. W Polsce, wiadomo, w większości są to kluby wynajmowane za ciężką kasę, czasowe ograniczenia, chamska bramka. Natomiast na zachodzie koncerty odbywają| się głównie w squatach. Zaczynają się przeważnie o 21 lub później, u nas o tej godzinie się kończą. W Polsce niestety mało jest miejsc, które należą do punków.
P: To fakt, poza tym na zachodzie nie ma raczej problemów z brakiem sprzętu, a akustykiem (z reguły znającym się na rzeczy) jest ktoś z załogi, a nie pan Czesiu co nagłośnić umie, ale dyskotekę w remizie, gdzie muzyka leci z taśmy. Właśnie to tzw. zaplecze -skłoty, kluby, sprzęt, akustycy itp., należałoby u nas wypracować. A tak jeszcze co do tras - jest to niezły sprawdzian dla kapel, gdyż często zdarzają się sytuacje stresujące (odwołany koncert, brak kasy czy jedzenia, czy tak jak w naszym przypadku - wypadek samochodowy we Włoszech i oprócz klęski finansowej, 3 dni niepewności czy auto będzie w stanie wrócić do Polski), a przebywaniu w małym gronie na bardzo małej powierzchni (samochód, kanciapa, scena) często rodzi spięcia i konflikty, do których normalnie by nie doszło. Poza tym jednak trasy to kupa ząjebistych przeżyć, które wspomina się przez długi czas.
4.Często gracie w Polsce koncerty? Dlaczego nic jeszcze nie wydaliście? Wasze plany - jakaś płyta, kaseta, trasa?
P: To zależy od punktu widzenia. Było tego kilkanaście czyli jak dla mnie bardzo mało, z drugiej jednak strony - kapela praktycznie nieznana, w porównaniu z innymi kapelami z Trójmiasta nie ma chyba co narzekać.
B: Około 15 koncertów to myślę, że i tak nieźle jak na zespół, który nic nie wydał.
P: No właśnie, z tym sprawa ma się tak: chcemy nagrać się w bardzo dobrym (i bardzo drogim) studio, na które do tej pory brak było kasy. Poza tym mamy koncepcję nagrania płyty, która stanowiłaby spójną całość, a nie zbiór przypadkowych kawałków, toteż musimy jeszcze popracować nad materiałem na nią. Prze blisko rok nie mieliśmy miejsca na próby, a poza tym ja dużo włóczę się po świecie, reszta też ma swoje zajęcia (część gra/ła w kilku innych kapelach) i tak to jakoś zleciało.
B: Myślę, że wyjdzie to nam na dobre. Materiał, który nagramy będzie dojrzalszy, bardziej dopracowany.
P: Właśnie. Od listopada ubiegłego roku Miłosz ciężko tyra na sprzęt w Bostonie (właśnie parę dni temu kupił wzmacniacz Mesa Boogie – kto się zna, ten wie jakiego kopa to oznacza! A gitarę Gibsona nabył już w grudniu). Ma wrócić w kwietniu lub w maju i wtedy plan jest prosty: zagęszczenie prób, dopieszczenie materiału i (pewnie po wakacyjnej przerwie) podbijamy jakieś piekielne metalowe studio.
5.Wolf, ty prowadzisz wydawnictwo i dystrybucję „Scream” – powiedz co do tej pory wydałeś, jak to się wszystko kręci, dlaczego się tym zajmujesz? Czy przynosi ci to kasę, z której możesz się utrzymać?
P: „Scream” istnieje ładnych parę lat, przez które wydałęm 9 kaset (Haywire, Mental Aberration, Nausea/Rats Got The Rabies, Hiatus, Dissaffect, Zero Positives, Selfish/Uutuus/Forca Macabra, Unhinged, Hiatus/Fleas And Lice), 6 singli (Resist, Hiatus/Fleas And Lice, Money Drug/ Wind Of Pain, Homomilitia/Disclose, Sanctus Iuda/Sarcasm, Warcollapse) i współuczestniczyłem w wydaniu 10” D.D.I. Zanim przeczytacie ten wywiad powinien ukazać się tez LP Sanctus Iudy zawierający ich pierwsze demo. Cała ta zabawa zaczęła się dość prozaicznie – robiąc 2 nr „Screama” przeprowadziłem wywiad z młodą kapelą z Anglii o nazwie Haywire. Jako, ze zespół był fajny, a Nath, wokalista bardzo miły, stwierdziłem, ze może sprawię, iż parę osób w Polsce ich usłyszy. Pierwsze 100 kaset (nędznej zresztą jakości, za to ultra tanio) sprzedawałem chyba z rok, ale pierwszy krok został zrobiony. Ogólnie robię to bo mi to „robi”, czuję z tego satysfakcję, choć już nie taką samą obecnie gdy ukazuje się tyle tytułów – kiedyś wiedziałem, że jak nie wydam rzeczonego Haywire czy np. Hiatusa, to raczej nikt tego u nas nie zrobi. Teraz wytwórnie „prześcigają się” która pierwsza dogada się z kapelą wchodzącą akurat do studia, tak więc poczucie swoistej „misji” zniknęło. A poza tym wiadomo – brak czasu, liczne wojaże, ogromne lenistwo i coś, co nazwałbym może wypaleniem (ale nie całkowitym – wciąż jeszcze mam frajdę biorąc w ręce nowe wydawnictwo – choć większa jest ona przy płytach). Spokojnie, nie konkurując z „rekinami” wydaję sobie 1-2 tytuły w roku, a dystrybucją zajmuję się tylko na koncertach i czad giełdach – nie przez pocztę (poza swoimi własnymi wydawnictwami). A co do kasy – niezły żart. Zysk wraca do wydawnictwa i jeszcze czasem dokładam z tego, co w inny sposób dorobię, a osobistą korzyścią z tego „biznesu” jest zdobycie poprzez wymianę wielu zajebistych płyt. Utrzymywanie się z wydawnictwa byłoby pewnie na uczciwych zasadach możliwe, gdybym wydawał i sprzedawał jakieś 10 razy tyle co teraz, np. 10-15 tys. singli/kaset w ciągu roku – tylko ciekawe ile czasu by to żarło (nie mówiąc o kasie, którą trzeba zainwestować na starcie) i czy satysfakcji wówczas nie wyparłoby zniechęcające poczucie obowiązku...
6.Co myślicie o polskiej „scenie”? Co jest w niej dobrego, a co złego? Co chcielibyscie zmienić? Jak myślicie jaka fala przetoczy się przez naszą „scenę” za rok? Był już jazzcore, straight edge, był crust, teraz reggae, folk, ska, street punk... co następne? Może fala zespołów grających tak, jak grali Amebix?
B: Wydaje mi się, że nasza scena ma całkiem niezłą kondycję. Coraz więcej jest dobrych zespołów, chociaż brakuje takich jak np. Guernica Y Luno, dużo jest zine’ów, wydawnictw i dystrybucji. Punki zaczynają także coś działać w temacie squatów (niestety gdańska „Rzeźnia” już została zarżnięta, ale na celowniku jest kolejne miejsce i mamy nadzieję, że niedługo ruszy, swoją drogą jest totalne!). Nie mam pojęcia jaka fala przetoczy się przez scenę za rok. Przede wszystkim wydaje mi się, ze w polskich zine’ach część autorów różnych kolumn cierpi na „psychozę mody” i wyszukiwania jej na scenie. Chyba najlepszym sędzią okaże się czas i to on ewentualnie udowodni co było modą, a co nie.
P: Stary, to pytanie do dywagacji na pół Twojego zine’a. Od strony muzycznej to chyba jest przyzwoicie – nie brak kapel grających na poziomie w niczym (no może poza sprzętem, a od tego zależy brzmienie) nie odbiegającym od reszty Europy i świata. Z kasetami i płytami też jest nieźle. Gorzej za to ze wspomnianym już zapleczem – brak własnych miejsc, sprzętu, studiów nagraniowych itp., są to jednak rzeczy, które można jakoś powoli wypracować i tak się chyba dzieje. Martwi mnie natomiast, że większość uczestników sceny nie ma poczucia tworzenia konkretnej alternatywy do konsumpcyjnego obłędu. Na początku tej dekady każda nowa kaseta miała poza muzyką znaczący aspekt komunikacyjny, każdy koncert był wydarzeniem, a ludzi w „tym” siedzących łączyło poczucie jakiejś wspólnoty, większa wrażliwość, (naiwna może) nadzieja i chęć działania. Obecnie zbyt wiele mamy w scenie mechanizmów żywcem zaczerpniętych z mainstreamu, a „postępowi” wydawcy zine’ów jako kuriozalnych dziwaków przedstawiają tych, którym nie podoba się, że tzw. punkowe czy hardcore’owe wytwórnie są wykupywane przez koncerny typu Sony. Poziom świadomości inteligentnych przecież ludzi często jest załamujący. A zmieniające się trendy „obowiązujące” na scenie to kolejny mechanizm rodem z szołbiznesu – żal mi tych, co posłusznie ograniczają się do jednego nurtu, zamiast do woli czerpać z bogactwa jakie oferuje hardcore punk i wszelkie pokrewne style. A co do nadmiaru naśladowców niezapomnianej załogi z Bath – stanowczo w to wątpię.
7.A co z zinami? Nie wydaje wam się, że kiedyś było ich więcej, były ciekawsze? Dlaczego ludzie kupują tylko ziny takie jak „Mać Pariadka” czy „Pasażer”, a nie interesują ich inne, mniej znane (co nie znaczy, że nieciekawe), nowsze, dopiero rozwijające się gazetki? Wolf, ty robiłeś kiedyś zina – czy wrócisz do tego?
P: Owszem, mam takie wrażenie, ale nie wiem na ile ono jest słuszne – może w tamtych czasach byliśmy młodsi, jako ciekawe odbieraliśmy rzeczy, które teraz czytamy po raz tysięczny i stąd to poczucie obniżenia poziomu – może po prostu z wiekiem wzrosły nasze wymagania? Ja osobiście czytam niezbyt wiele, ale i nie tak mało polskich zine’ów – „Sanctus Propaganda”, „Niezależny Liść”, „Chaos W Mojej Głowie” (to prawda, nie lizusostwo), „Reality” (ciekawy, choć niestety odzwierciedlający w dużym stopniu to, o czym mówiłem w poprzednim pytaniu), „Pasażer” (z każdego numeru 4/4 najchętniej bym wyjebał, lecz reszta jest ciekawa) i parę innych. Chętniej sięgam po zine’y anglojęzyczne („HeartattaCk”, „Slug And Lettuce”, śp. „Profane Existence”, „Armed With Anger”, „No Barcodes Necessary”, “Join Kao” itd.). Poza tym staram się czytać więcej książek czy pism niemuzycznych („Dzikie Życie”, „Inny Świat”, „Lokomotywa Bez Nóg”).
B: Moim zdaniem obecnie zine’ów także jest sporo i są one ciekawe. Czasami ludzie związani z punk od dłuższego czasu twierdzą, że nic nowego one nie wnoszą, że czytają kolejne wywiady podobne do siebie z podobnymi zespołami i ogólnie panuje w nich nuda. Faktycznie może ich to nużyć, ale co z tymi, którzy z punkiem mają do czynienia od roku czy kilku miesięcy? To właśnie dla nich są te zine’y, to z nich mogą dowiedzieć się czegoś o różnych akcjach, ekologii, anarchizmie czy wiwisekcji. Myślę, że wydawanie zine’ów zawsze będzie miało sens, nawet gdy po raz setny poruszać będą znane problemy. Szczerze mówiąc nie wiem jakie zine’y ludzie kupują najchętniej, może faktycznie taki zin jak „pasażer” jest najlepszy w tym kraju, a może to po prostu wina dystrybucji, że mają tylko te najbardziej znane (a dzięki temu pewność, że szybko je sprzedadzą). A może, ci którzy je kupuą kierują się nie własnymi gustami, ale tym co zasugerują im koledzy.
P: Co do powodów ograniczających zainteresowanie ludzi zine’ami, to, oprócz niskiego poziomu części z tych pism, są i inne. Większość punków to nastolatki. Nie mają więc kasy na 10 zine’ów miesięcznie. Poza tym, wiadomo – liczy się muzyka. Kaset na giełdach od cholery, koszulki i naszywki też ważniejsze od samokształcenia, toteż na nie dzieciaki chętniej wydają swoje kieszonkowe. O ponownym robieniu zine’a rzeczywiście rozmyślam. Nie wiem jednak czy byłbym w stanie samodzielnie wysmażyć coś dostatecznie interesującego. Poza tym istotną motywacją do robienia „Scream’a” była chęć zdobycia informacji (i następnie podzielenia się nimi) o zespołach, które bardzo lubiłem, a które z racji panującej wówczas „mody” na jazzcore, na łamach polskich zine’ów były nieobecne. Krótko mówiąc – chcąc przeczytać wywiad z E.N.T. (moi ówcześni mega-ulubieńcy) – sam musiałem go zrobić, albo zadowolić się publikowanymi w zine’ach metalowych mini wywiadami sprowadzającymi się do historii, dyskografii i ulubionych kapel, punkowcy nie pisali o tych zespołach w ogóle, a w jedynym znanym mi wyjątku – „Qqryq” - jakiś fachowiec ochrzcił muzykę E.N.T. grind core’m, wrzucając do jednego worka z Carcass i Napalm Death. Obecnie o zespołach, które lubię przeczytać można w wielu zine’ach, po co więc się powtarzać? Może lepiej żebym, jeśli uznam, że mam coś ciekawego do powiedzenia, skrobnąć artykuł do innego, istniejącego już pisma?
8.Co wg Was jest największym kurestwem tego świata? I co dałoby się zmienić – tak naprawdę, nie popadając w „gdybanie”? Czy robicie coś więcej w tym kierunku poza graniem w Filth Of Mankind?
P: Sorry, ale nie umiem wyznaczyć kryteriów gradacji skurwysyństw popełnianych każdej minuty gdzieś na tej planecie. Polityczne reżimy, szwadrony śmierci, obozy pracy, gwałty na dzieciach – jak chcesz to stopniować? Ogólnie obrzydliwy jest dla mnie sposób w jaki rządy i korporacje tzw. „cywilizowanego” świata potrafią utrzymać poparcie społeczeństw mimo udziału w zbrodniach, których na własnym terenie społeczeństwa te nie poparłyby. Pierwszy przykład to ekonomiczna współpraca z Chinami – ciekawe czy klienci w Europie Zachodniej czy Polsce równie chętnie kupowaliby buty Nike czy odzież Adidasa gdyby były one produkowane w obozach pracy na terenie ich własnych krajów? Albo czy tankowalibyśmy na stacjach Shella gdyby firma ta wynajmowała płatnych zbirów do mordowania Kaszubów czy Mazurów, a nie „jakichś tam” Ogoni? Podobną hipokryzją jest zakaz (np. we Francji) tuczu gęsi, a jednoczesny import powstałych dzięki temu procederowi tzw. pasztecików strassbourskich... Takie manipulacje opinią publiczną, jak i hipokryzja tejże, są rzeczywiście degustujące. Tak naprawdę zmienić możemy przede wszystkim siebie, swój stosunek do własnej osoby, ludzi na ulicy, zwierząt i środowiska. Nawet odmiennym wyglądem jakoś zwiększamy margines tolerancji (ludzie przyzwyczajają się do „inności”). Przechodząc na wegetarianizm każdy ratuje w ciągu swojego życia kilka istnień, weganizm to jeszcze dalsszy krok. Ograniczając swoją konsumpcję, recyklując wszystko co się da, wybierając rzeczy w wielorazowych lub naturalnych, szybko rozkładających się opakowaniach, jadąc do szkoły czy pracy rowerem lub autobusem, a nie samochodem – każdy z tych kroków ogranicza degradację naszego środowiska. Można też zmieniać więcej, aktywnie kreując małe wycinki rzeczywistości, przejmując kontrolę nad własnym życiem i lokalnym środowiskiem. Dobrym przykładem jest tu skłoting – zasiedlanie pustostanów czy to na mieszkania, czy też na lakale użytkowe – galerie, kluby, knajpy, restauracje itp. Ze skłotingiem (choć niekoniecznie) łączy się często wspólne zamieszkiwanie w gronie przyjaciół – czyż nie piękna (choć jakże trudna, a dla wielu wręcz niemożliwa do zrealizowania) idea? Istotną i godną podziwu rzeczą jest samozatrudnienie – zorganizowanie sobie samemu (indywidualnie lub kolektywnie) miejsca pracy. Jeszcze lepiej gdy jest to praca na czarno, nieopodatkowana lub legalna połączona z
przekrętami podatkowymi. Wspaniałą sprawą jest utrzymywanie się z takich zajęć jak np. ekipa z wrocławskiego Rejonu - fire show, żonglowanie, szczudlarstwo itp. Pozytywne zmiany na szerszym, niż indywidualny, poziomie także są możliwe, tylko wymagają znacznie więcej pracy, poświęcenia i wiedzy. Tu świetnym przykładem jest działająca w Gdańsku Obywatelska Ligi Ekologiczna. Dzięki ostrej (i naprawdę fachowej, wliczając w to znajomość prawodawstwa) harówie paru osób i aktywnym wsparciu dalszych 30-40 udaje się osiągnąć takie rzeczy, jak zablokowanie rozpoczętej budowy hipermarketu Makro w pobliżu ujęć wody pitnej (wygrana sprawa sądowa), uzyskanie statusu uprawniającego do bycia informowanym przez Radę Miasta o wszystkich inwestycjach mogących stanowić potencjalne zagrożenie dla środowiska, ewentualna możliwość występowania jako strona w sądzie, czy wreszcie doradczy wpływ na opracowanie planów budowy porządnej sieci dróg rowerowych. A co do osobistych dążeń do zmian po pierwsze, wbrew twojej sugestii, grania w F.O.M. absolutnie nie traktuję jako próby zmiany rzeczywistości. Po prostu gramy to, co lubimy, odreagowując zarówno poprzez muzykę, jak i teksty, otaczający nas syf i negatywne emocje - jest to forma komunikacji, ale nic ponadto. Granie nie jest działalnością społeczną. Uczestniczę natomiast w działaniach O.L.E., wszyscy w mniejszym lub większym stopniu braliśmy udział w organizowaniu i wspieraniu (nieistniejącego już niestety z przyczyn, o których, aż nie chce mi się gadać) skłotu "Rzeźnia" (Michał był jedną z dwóch czy trzech osób, które to miejsce znalazły i zajęły). Uczestniczę też w ubezpieczalni ACK "Życie" To świetny pomysł - co aktywniejsi załoganci mogą dzięki niemu czuć się trochę pewniej uczestnicząc w akcjach narażających na spore kolegia. Z kolei osoby mniej radykalne mogą traktować to jako drobne, acz istotne wsparcie walczących o wspólne idee. Oczywiście w miarę możliwości staram się uczestniczyć w demonstracjach, wysyłać kartki do więźniów (przyznąję, że robię to rzadko, należałoby jak najczęściej, bo słowa otuchy dla tych za kratami są bardzo istotne), no i jakoś uzmysławiać pewne problemy tym z moich znajomych, którzy ich nie dostrzegają (bo pankroka nie słuchają, a w TV o tym nie usłyszą). A wracając jeszcze do tych kartek do więźniów - jeśli słyszeliście o sprawie Arka Bacha - napiszcie do niego, to nasz kolega. Nie ma rodziny, więc tym bardziej potrzebuje wsparcia, a zapowiada mu się dłuższy pobyt po drugiej stronie krat...
B: Niestety, mimo usilnych prób nie potrafię stwierdzić, co jest najgorszym kurestwem tego świata. Można by je długo wymieniać, ale jak wybrać największe? Jak stwierdzić, czy gorszy jest seksizm czy rasizm, a może homofobia; czy gorsze są zbrodnie w Kosowie czy obozy pracy w. Chinach; czy gorsza jest śmierć dzieci umierających z głodu czy też zabijanie zwierząt? A może największym kurestwem tego świata jest ludzka głupota, która jest za to wszystko odpowiedzialna? Co wybierasz? Na wiele skurwysyństw na tym świecie nie mamy najmniejszego wpływu, ale do niektórych mogę nie przykładać ręki będąc wegetarianinem, bojkotując wielkie koncerny czy chińskie produkty.
P: Największe kurestwo to chciwość i bezmyślność kreatury dumnie zwącej się istotą ludzką.
9.Powiedzcie cos o sobie; czego najbardziej u siebie nie lubicie, a które z waszych „pozytywnych” cech chcielibyście widzieć u ludzi, z którymi sięspotykacie? (pewnie w większości są to punki..)
P: Kolejne niełatwe (ale to dobrze) pytanie. Nienawidzę przede wszystkim swojego lenistwa. Staram się z nim walczyć jak mogę, ale wciąż średnio mi to wychodzi. Poza tym często palnę coś zanim pomyślę. Drażni mnie też fakt, iż często sięgam po gotowe, schematyczne rozwiązania zamiast rozejrzeć się za czymś mniej dostrzegalnym, lecz może skuteczniejszym, I rzecz kolejna - próbuję robić zbyt wiele rzecze na raz. Zapalam się do czegoś, po czym po chwili entuzjazmu (i rozpierduchy) jakby "siadam"... A zalety? Nie wszystkim wypada się chwalić, ale spróbuję... Jakieś gruntowne zmiany w swoim życiu staram się przemyśleć, tak by nie kończyły się np. po miesiącu. Wolę konsekwentnych mięsożerców od miesięcznych czy półrocznych wegetarian i podobnie z układem wegetarianin/weganin - po chuj się zmuszać do czegoś co ci nie leży? Takie decyzje winny być świadomym wyborem, a nie gonitwą za modą. Kolejna rzecz -chciałbym by więcej ludzi zdało sobie sprawę, że problemy, które krytykują dotyczą także ich samych. Sądzę, że w każym z nas są jakieś (mniejsze lub większe) zalążki bezmyślności, seksizmu, nietolerancji czy nawet rasizmu – któż jest człkiem wolny od uprzedzeń? I to, że to zauważam i staram się jakoś nad tym pracować zamiast zaprzeczać ich istnieniu, uważam za ważną zaletę. Cieszy mnie także to, że jestem wolny od nałogu palenia – szczerze mówiąc nie sądzę, że można mówić o tolerancyjnych palaczach.... A nawiązując do sugestii zawartej w pytaniu - bardzo mnie cieszy, że nie obcuję jedynie z punkami - w naszym, dążeniu do budowy alternatywy dużym niebezpieczeństwem jest
zamknięcie się w getcie, a to niestety znacznie nas ogranicza...
B: Jacy jesteśmy? Jako zespół tworzymy wybuchową mieszankę charakterów, czego skutkiem są czasami małe wojny między nami (właściwie zdarzało się to tylko na trasie, gdy jeździliśmy z jeszcze jednym zespołem, czyli w dość licznym gronie). Każdy z nas jest inny, choć w większości nasze poglądy są podobne. Potrafimy współegzystować, uczyć się od siebie nawzajem. U siebie najbardziej nie lubię lenistwa, choć staram się z tym walczyć. Jestem raczej otwartą osobą, staram się być szczery i chyba tego tak naprawdę brakuje mi wśród ludzi, z którymi się spotykam, a rzeczywiście dużo wśród nich punków. U tych, którzy punkami nie są chciałbym widzieć trochę więcej tolerancji, zrozumienia, a mniej okrucieństwa.
10.Co tak naprawdę dał wam punk? Jak myślicie, co byście dzisiaj robili, gdybyście nie związali się ze "sceną" i ruchem? Czy punk to naprawdę droga życia, czy może tylko hobby, muzyka, imprezy, zabicie nudy, zboczenie?
B: Trudno mi powiedzieć jaki bym był i co bym robił, gdyby nie scena punkowa. Najprawdopodobniej zająłbym się zarabianiem pieniędzy, „karierą", zwykłym, codziennym życiem, konsumpcją... Bo tak naprawdę punk otworzył mi oczy. Uświadomił wiele spraw, o których w 88/89 roku nie miałem wielkiego pojęcia -ekologia, wegetarianizm, antyfaszyzm - to właśnie to, co punk wniósł w moje życie. Poza tymi sprawami dał mi możliwość poznania wielu ludzi (tych „dobrych” i tych „złych”), nie ukrywam, że także zajebistą muzykę, frajdę z grania w zespole, a przy okazji oczywiście możliwość przekazania czegoś ludziom. Zespół umożliwił podróżowanie, koncerty, trasy, poznanie nowych ludzi, miejsc, nowych kultur... Aha, nigdy nie traktowałem tego jak hobby, chwilowej pasji czy tylko imprezowania.
P: Kurwa, ja także za cholerę nie potrafię sobie wyobrazić, co bym dzisiaj robił gdyby nie punk. Zetknąłem się z nim po raz pierwszy 15 lat temu. Od ponad 10 jakoś tam uczestniczę w scenie - to przecież całe, moje (świadome) życie! Przez cały ów czas stanowi on bardzo istotny, jeśli nie dominujący aspekt mego życia. Fakt, że np .z anarchizmem, pacyfizmem
itp. zetknąłem się niejako równolegle do punk rocka, dzięki nauczycielowi historii w 7 i 8 klasie podstawówki, którym był niejaki Belfer (uczestnik WiP, później jeden z inicjatorów głodówki i blokady terminalu przeciw budowie Elektrowni Jądrowej w Żarnowcu), podrzucający nam „Acapellę”, zapoznający ze swymi kumplami z WiP-u, zabierąjący na zadymy przeciw budowie wspomnianej elektrowni jądrowej, czy wreszcie informujący o Hyde Parku w Białogórze w '88 roku (który to Hyde Park w przeciwieństwie do następnego nic został jeszcze zdominowany przez klimaty „scenowe” i ich odwieczną bolączkę – menelstwo, zadymy itp.). Z drugiej strony kto wie, czy gdyby nie istniejące już we mnie punkowe podłoże, też byłbym taki otwarty na Belfrowe propozycje? W gruncie rzeczy każdy z naszej kilkuosobowej paczki słuchał w jakimś tam stopniu punk rocka, a reszta kumpli ze szkoły, owej podbudowy pozbawiona, jakoś się nic zagłębiała w antymilitarno-ekologiczno-anarcholskie klimaty. W każdym razie naprawdę trudno opisać całość wpływu punk rocka na moje życie - determinuje on tyle aspektów mojej nędznej egzystencji - to, że zostałem wegetarianinem, a potem weganinem, że nie uśmiecha mi się praca dla jakiegoś pieprzonego szefa, że zrobię wszystko, co w mojej mocy (prawdopodobnie przez jakiś okres przejściowy robiąc dla kogoś, najpewniej na czarno za granicą), by pracować „na swoim". Że nie kupuję tak wielu produktów w tak licznych miejscach, iż nie sposób zmieścić tu pełną listę, że kumpli i przyjaciół mam na całym niemal świecie, a 3/4 Europy zjeździłem nigdy nie płacąc za nocleg (i to nawet gdy trafiłem do miasta gdzie nie znałem nikogo, nie miałem żadnego adresu kontaktowego)... Mam tak wymieniać do rana? Być może, mam nadzieję, część tych rzeczy robiłbym i bez punk rocka, ale w moim przypadku to on mi właśnie oczy na pewne sprawy otworzył. Zresztą, bez względu na to. co pieprzą Jany czy Galu - ilu znasz ekologów, anarchistów czy skłoterów (przynajmniej tu w Polsce), którzy nigdy nie byli punkami? Owszem pełno wśród nich pozerów, którzy gonią za modą, nie mając pojęcia o rzeczach, o których mówią, ale i ci, powiedzmy bardziej świadomi, poważni i zaangażowani aktywiści w większości choć epizodyczny związek z tym ruchem mieli. Miał też punk i pewien negatywny na mnie wpływ. W pewnym momencie ograniczyłem swe życie wyłącznie do niego, zawężając horyzonty, czytając niemal wyłącznie zine'y itp. To jednak głównie moja własna wina, a hc/punk to najzajebistsza rzecz pod słońcem!
11.Czy zastanawialiście się, co będziecie robić za 20 lat? Czy nadal będziecie punkami? Czy ciągle będziecie grać w jakichś zespołach i działać na "scenie"? Czy macie jakieś konkretne plany na dalsze życie? Cóż, "scena" nie wypłaca emerytury, co na stare lata?
B: Ciężko jest przewidzieć jak potoczy się życic każdego z nas i nie mam pojęcia, co za 20 lat będę robił. Faktem jest, że stanowi to dla mnie problem. Podejrzewam, że będę musiał zająć się legalną pracą, w przyszłości chciałbym założyć własny "biznes", nie po to, aby stać się obrzydliwie bogatym kapitalistą, tylko by być samodzielnym i nie mieć nad sobą pierdolonych szefów, którzy rozplanują ci życie, dzień po dniu, od 8 rano do 16. Mówiąc
o „biznesie” mam na myśli wegetariańską knajpę albo studio, ale to pozostaje na razie w sferze planów i chyba jeszcze długo tak będzie, ponieważ nie stać mnie na rozkręcenie tego. Chyba każdy z nas długo będzie się utożsamiał z ruchem punk, to jest wlaśnie ta „droga życia”. Czy będziemy grać w zespołach, tego nie wiem. Chciałbym żeby tak było, że będziemy mieć kontakt ze sceną i będziemy ją współtworzyć, a nie tylko biernie konsumować.
P: Owszem, mam nadzieję, że nadal będę wtedy punkiem, choć nie sadzę bym grał w jakiejś kapeli (było nie było w wieku 46 lat sterane punkowym żywotem kości mogą źle znosić trudy tras),ale kto wie? A co do planów życiowych – myślę o tym często, lecz wciąż brak konkretnej koncepcji. W każdym razie jak już mówiłem śni mi się mały, własny interes (nie, nie ten z rozporka). Czy miałoby to być coś związanego ze sceną czy nie - to rzecz drugorzę. Najważniejsze bym w każdej chwili mógł zamknąć budę i jechać na koncert czy trasę. Świetnie sprawę rozwiązał Tomek (gitarzysta Enough!, obecnie grający z nami w zastępstwie
Miłosza), który do niedawna pracował na czarno w punkcie sitodruku, a tcraz własnie co założył własną firmę i będzie świadczyl zwyczajne usługi, a przy okazji może tez robić punkowe koszulki (potencjalni klienci proszeni o kontakt) i w każdej chwili jest w stanie wyjechać. Interes dopiero rusza tak, że trzymam kciuki i z całego serca życzę powodzenia. A co do emerytury - kiedyś nasza_ wspólna przyjaciółka Monika (z którą mieszkałeś przez jakiś czas w Amsterdamie), doszliśmy do wniosku, że starannie dbamy o swoją przyszłość - chlejąc tak by nie dożyć starości, kiedy mielibyśmy być niesamodzielni i zdani na cudzą (nie)łaskę...
12.Jak myślicie, dlaczego np. w Anglii, Niemczech czy Holandii można spotkać mnóstwo punków grubo po 30-tce i z dziećmi, a u nas bardzo rzadko? Z czym to się wiąże? Dlaczego wielu ludzi siedzi w punku do 22-25 roku życia, a potem nagle znika?
B: Wydaje mi się, że wiek 22-25 lat jest pierwszą konfrontacjaą z samodzielnoscią, gdy ludzie kończą naukę, podejmują pierwszą pracę i rzeczywiście zarabianie pieniędzy przesłania im często dotychczasowe wartości. Właśnie nie wiem dlaczego tak się dzieje, może jak już powiedziałem, dlatego, że zarabianie pieniędzy staje się podstawową wartością? Może w Polsce jest tak, że sporo ludzi traktuje to jak chwilowy bunt, tylko jako pewien etap w swoim życiu, może jest tak, że punkowcy na Zachodzie łatwiej mogą znaleźć pustostany na squat, starają się mieszkać razem i to ich przy punk rocku trzyma. Może łatwiej jest im też zapewnić sobie sferę materialno-socjalną (mogą na przykład otrzymywać zasiłki), przez co praca nie powoduje utraty kontaktu z punk rockiem. Tak do końca nikt tego nie wie i trudno mi to ocenić.
P: Ja sądzę, że to właśnie o kasę chodzi. Tam kolesie mogą przez całe życie nie pracować, brać zasiłek i punkować, jednocześnie żyjąc na poziomie wyższym niż wielu pracujących ludzi w Polsce. I tak wiele osób robi, o czym zresztą dobrze wiesz, gdyż sam zagranicą mieszkałeś. Jeśli ktoś chce iść do pracy też znajdzie ją bez problemów mimo kolczyków, tatuaży czy kolorowych włosów. U nas rzecz ma się inaczej - kiedy zaczyna się tzw. proza życia wiele osób „porządnieje” - zmienia wygląd, bo jakże znaleźć pracę, zrywa kontakty, bo co będzie gdy pracodawca ujrzy takiego gościa łojacego z brudasami na streecie itp. Poza tym, mówiłem już -scena coraz częściej sprowadza punk do muzyki, rozrywki, ubiorów i mody, nie oferując żadnej alternatywy dla dominującej kultury, która propaguje wiadomo co -konsumpcyjny styl życia, karierę itp., czyli wartości, w realizacji których bycie punkiem raczej nie pomaga. Trzeba więc naprawdę szczerego zaangażowania by połączyć punk z dorosłym życiem nie idąc na zgniłe kompromisy. Mam jednak nadzieję, że mimo tego coraz więcej będzie osób, które są w tym na całe życie (tak swoją drogą ta podana przez ciebie granica jest i tak chyba zawyżona, bo jako 26-latek od dłuższego już czasu mało widzę wokół siebie rówieśników). A wszyscy „doroslejący” jako pożegnanie z punk rockiem niech posłuchają „Only A Phase" Spermbirds. Fuck you!
13.Czy jako antyfaszyści mieliście lub macie(!!!) jakiegoś znajomego (chodzi mi np. o sąsiada z bloku, kumpla ze szkoły itp.), który jest rasistą albo nacjonalistą? Powino się
natychmiast zrywać takie znajomości czy być tylko i wyłącznie na „cześć”?
B: Sytuacja jest taka, że nie utrzymujemy takich znajomości. Sądzę, że powinno się je natychmiast zrywać, niektórzy jednak sądzą, że „cześć” może oznaczać możliwość przetrwania, w sytuacji gdy jesteś jedynym punkowcem na dzielnicy, w której wiekszość to menele, gity i faszyści, to różnie to bywa. Znając jednak życie na takiej dzielnicy „cześć” nie skutkuje, a ten biedny punkowiec dostaje w zęby. Wiec dobra rada -nigdy nie kolaborujcie z nazistami! Miałem kiedys sąsiada, który należał podobno do NFP (Narodowy Front Polski), później zobaczyłem go w koszulce zespołu wybitnie faszystowskiego. Parę razy napisałem coś tam na drzwiach, później jego rodzina się wyprowadziła. Ostatnio widziałem go na ulicy i wygladało na to, że już mu minęło (całe szczęście). Zdecydowanie sądzę, że jeśli jakiś punkowiec utrzymuje kontakty z faszystami to jest po prostu zwykłym matołem, frajerem i kolaborantem.
P: Ha, ha..., widaćc też takim byłem... Wcale się nie poczuwam. Obecnie żadnych takich znajomości nie mam (wykruszyli się goście jak i punki rówieśnicy), ale owszem w przeszłości miałem znajomych z podstawówki czy ulicy, którzy byli naziolami. Większość takich znajomości starałem się zerwać, ale z niektórymi (choć sprzeczne to z ideałami), „cześć” sobie mówiliśmy, takie życie... Poza tym do mojej III klasy L.O. doszedł z innej szkoły, metalowiec anty-semita (notabene brat słynnej Agnieszki Chylińskiej). Choć nigdy nie kryłem (wręcz przeciwnie), co sądzę o jego poglądach, traktowałem go jak kumpla. Nie minął rok, gdy koleś zrozumiał, że nie liczy się czy w rządzie są Żydzi czy nie, bo wszyscy okradają nas tak samo, bez względu na swoje pochodzenie. Ciekawe czy zrozumiałby to gdybym w ogóle z nim nie rozmawiał? Za rzeczywistą kolaborację uważam natomiast kontakty z naziolami, którzy swe „poglądy” realizują bijąc kogokolwiek np. punków czy Cyganów - tu nie ma miejsca na żadne znajomości, tylko na otwartą wojnę!
14.Czy pijecie dużo alkoholu? Czy używacie jakiś rodzaj narkotyków? Czy "dragi" powinny być legalne, czy raczej zakazane i dlaczego tak lub nie?
B: To zależy kiedy. Podczas trasy zdarza się, że pijemy codziennie ponieważz przeważnie dostajemy piwo, ale nie są to jakieś zawrotne ilości. Przecież do cholery nie o to chodzi by wypić go jak najwięcej. Osobiście bardzo lubię piwo i nie widzę w tym nie złego, ze od czasu do czasu wypiję 2-3 piwa w towarzystwie znajomych. Gorzej jest gdy ktoś przegnie pałę i chleje codziennie, a przy okazji w parze z piciem idzie jego debilizm, wtedy faktycznie sytuacja jest tragiczna. Znane są wszystkim nieprzyjemne sytuacje na koncertach, gdy najebane gitpunki robią syf i zachowują się jak macho-zjeby, a gdy zwrócisz im uwagę, są jeszcze gotowi dać ci w mordę. Całe szczęście, że w Trójmieście takie sytuacje są zupełnie marginalne. Ludzie zaczęli dbać o to by tej przemocy na koncertach nie było.
P: Rzeczywiście pijemy niemało, ja czy Miłosz na pewno więcej niż te 2-3 piwka, o których mówił Balon, ale nie wiem, czy kogokolwiek powinno to obchodzić. W każdym razie ja łoję obecnie nieco mniej niż 2-3 lata temu i nie narzekam. Co do dragów to Balon nie używa ich w ogóle, Michał i Maciek chętnie coś przyjarają, od święta także Miłosz. Ja osobiście bardzo okazyjnie (tzn. do tej pory 4 czy 5 razy, ostatnio zresztą 3-4 lata temu) zarzucam grzybki, podobnie z amfą, poza tym nic wiecej. Ogólnie (to moja osobista opinia) nie lubię, gdy ktoś nadużywa dragów, nawet jeśli to "tylko" trawa - codzienne jaranie (jak i codzienne chlanie) jest dla mnie żałosne jak niewolnictwo. To nie lepsze od religii. Myślę, że wszyscy (z wyjątkiem grającego obecnie z nami Tomka) jesteśmy za dostępnością dragów. Jestem dorosły i chcę świadomie wybrać co robię ze swoim ciałem i psychiką, nawet jeśli w życiu nie zamierzam sięgać po heroinę (którą uważam za totalne gówno, lepiej od razu z godnością się zajebać), i tak jako upokarzające postrzegam to, że ktoś mi tego zabrania, pozbawiając możliwości wyboru. Argumentów przemawiających za legalizacją jest wiele i moglibyśmy o tym mówić godzinę, lecz ten wywiad i bez tego jest za długi, a współpraca mafii z policją i politykami jest zbyt korzystna dla każdej ze stron byśmy mieli myśleć o legalizacji. Prohibicja to świetny interes (w początkowym okresie istnienia F.O.M. graliśmy zresztą o tym kawałek).
15.Straightedge rozwodzą się w swoich zinach o zgubnym wpływie alkoholu, crust punki natomiast, jak to fajnie łykać sobie piwko - czy jest sens w rozpisywaniu się o tym w zinach?
B: Jeżeli dla kogoś jest to ważne to proszę bardzo, może o tym pisać, wyrazić własne zdanie. Ja nigdy takiej potrzeby nie odczuwałem, by kogoś namawiać, bądź przestrzegać przed piciem na lamach zine’a. Może jest w tym trochę racji, że można by mówić o zgubnym wpływie alkoholu, ale tylko wtedy, gdy nie potrafisz kontrolować swoich zachowań będąc pijanym, bądź gdy się uzależnisz. Często takie dysputy na temat alkoholu kończą się żenującymi sporami w stylu: „...ten jest chujem, bo pije, a ten jeszcze większym bo nie pije...”.
P: To fakt. Obecnie, choć kiedyś sądziłem inaczej, wolę już chyba pisaninę strejtów. Jak już mówiłem, lubimy sobie wypić, ale po chuj pisać o tym artykuły? Nie po to chyba wydaje się zine'y? Owszem np. w relacji z trasy można wspomnieć o jakiejś milej imprezie, ale robić z chlania jakiś kult? A żenujące już jest rozpisywanie się (z typowo neofickim zacięciem) na ten temat przez pewną kapelę, którą poza tym bardzo lubię, a z trzydniowej obecności na ich trasie zapamiętałem jej czlonków jako pijących (w "najlepszym" razie) umiarkowanie. Nazwę celowo pomijam, bo zespół ten z innych powodów jest już mocno kontrowersyjny, a nie
chcę im szkodzić, jako, że poza głupią apoteozą, chlania głoszą dużo ważnych rzeczy.
16.Kradniecie po sklepach? Jeśli tak, to robicie to dla draki, z potrzeby czy może jesteście kleptomanami? Shoplifting to pozytywna sprawa czy raczej nie? Co o tym sądzicie?
P: Większość nie kradnie w ogóle. Miłosz zajumał w Szwajcarii zajebistego chorusa (efekt do gitary), wartego blisko 10 baniek. Bodajże w przedostatnim „Profane Existence” Grzester (jakoby w imieniu całego „Rozbratu”) potępił shoplifting, gdyż „kto nie kradnie w ogóle, nie ukradnie nic ze skłotu” - sugestia: kto kradnie w supermarketach, okrada i skłoty. Jeśli tak jest to „kto nie bije w ogóle (nawet w samoobronie przed naziolami czy gliniarzami) ten nie rozpierdala punkowych koncertów”. Zakażmy więc antyfaszystowskim załogantom wchodzenia na koncerty. Niezła paranoja. Za to dwa numery wcześniej był w tymże "Profanie" wywiad z zajebistą, blisjko zresztą związaną z redakcją tego pisma, kapelą Servitude - goście czeszą wszystko od jedzenia i alkoholu, po części do vana i benzynę na trasie. Należą przy tym, jak podaje „P.E.”, do najaktywniejszych uczestników sceny punk w Minneapolis (a więc i w całych Stanach). Nikomu więc chyba (no, może poza Grzesterem) nie przyjdzie do głowy podejrzewać ich o kradzieże na skłotach. Sam też przebywając zagranicą nie mógłbym odżywiać się tak dobrze, jak chcę i lubię, gdyby nie shoplifting. Również inne rzeczy codziennego użytku zdobywam często w ten sposób i co więcej jestem z tego dumny (choć np. przy nauczycielach bym się do tego nie przyznał). Robię to i z potrzeby i z poczucia, że jest to drobny akt oporu. Dla draki robię z kumplami coś innego - wiedząc, że ktoś nas obserwuje udajemy, ze coś jumamy, potem niepostrzeżenie odkładamy to na jakąś półkę, a gdy przy wyjściu czeka na nas sklepowy detektyw, mamy kupę śmiechu (w Holandii można ponoć za takie bezpodstawne oskarżenia otrzymać kilkaset guldenów odszkodowania, jednak tam jeżeli nie są w 100% pewni, że coś wynosisz, raczej pozwolą ci wyjść ze sklepu). A co do kleptomanii - czy uznasz za taką wyniesienie skrzynki piwa ze stacji BP lub zgrzewki (20 puszek) tego trunku z supermarketu? A czy znajdując 2 CD's Amebixa(!) w słynnym londyńskim „Tower Records” ] (kilkupiętrowy market muzyczny) mogłem wyjść bez nich? Shoplifting wiąże się jednak ze świadomą postawą ideologiczną, supermarkety są zresztą ubezpieczone na wypadek kradzieży, Ni chuja odpowiedzialnością nie obciąża się pracowników (jak to u nas za komuny bywało). Nikt normalny nie będzie tego łączył z kradzieżami na skłotach czy w domach prywatnych. Co więcej - świadomy anarcho-shoplifter nie kradnie produktów multikorporacji. które uważa za godne bojkotu. Jesli bowiem zajebiesz coca-colę, firma ta i tak dostanie za nię kasę, tak jakby została ona sprzedana (no chyba, że kradniesz w sklepie firmowym takiej korporacji - akurat coca-cola takowych nie prowadzi, ale można to przełożyć np. na firmową drogerię koncernu testującego swe kosmetyki na zwierzętach).
B: Ja niestety nie posiadam tych zdolności i czasami żałuję. To czy jest to pozytywna sprawa
zależy od tego, gdzie kradniesz. Jeżeli jest to mega-supermarket to wg mnie OK, ale jeżeli opierdolisz mały prywatny sklepik, który prowadzi jakiś dziadek by dorobić sobie do emerytury, to wydaje mi się, że nie jest to w porządku (chyba, ze kradniesz jedzenie by przezyć. Rzeiczywiście co poniektórym z nas przyklejają się różne rzeczy do rąk i idzie im to dość sprawnie. Czasami gdy jesteśmy daleko od domu, np. na trasie, ratuje nas to od śmierci głodowej (he,he), krótko mówiąc, gdyby niektórzy nie kradli jedzenia to byśmy się wykończyli.
P: Dziękujemy ci Kloszu!
B: Oczywiście wkurwia mnie to, gdy komuś wchodzi to w krew na tyle, że zaczyna kraść na punkowych koncertach czy squatach, wtedy należałoby im obcinać ręce (nie bierzcie tego doslownie).
P: Więc kradnijcie świadomie wybierając ofiary i nie dajcie się złapać!
17.Czym jest „System”? Tyle kapel o tym śpiewa... Jak wy interpretujecie ten „tajemniczy, trudny do zlokalizowania, a jednak wszechobecny System”? Podobno dwóch z was zostało pracownikami socjalnymi – duże więc prawdopodobieństwo pracy w systemie pomocy społecznej...
B: Dla mnie system tworzą pieniądze, władza i przymus (!), to są fundamenty systemu. System to rząd, to policja, wojsko, U.O.P., system to podatki, które płacisz, bo w wiekszości przypadków nie masz wyboru; to kontrolowana "swoboda" - państwo daje ci tyle „wolności”, by owej kontroli nie stracić, w przeciwnym bowiem razie spuszcza swoje psy. System to posłuszeństwo, które wpaja się małym dzieciom, by stały się dobrymi trybami tej maszyny. Państwo zawsze znajdzie sposób by zniewolić i skontrolować, a jeżeli nie masz świadomości tej kontroli to jesteś „dobrym trybem”.
P: Ująć System w słowa jest o tyle trudno, że jest to twór totalny, wielopłaszczyznowy. To całokształt stosunków międzyludzkich. Nikt z nas nie żyje poza systemem. Każdy gra rolę jakiegoś trybika w tej maszynie. Rzecz w tym, by starać się działać choć trochę na jej szkodę. A co do drugie części pytania – niezłe „podobno”, przecież wiesz to ode mnie. A może nie jestem wiarygodnym źródłem informacji? Rzeczywiście akurat my dwaj skończylismy (i to z bdb ocenami!) szkołe pracowników służb społecznych i jesteśmy dyplomowanymi pracownikami socjalnymi. Jednak nawet gdybym miał w tym zawodzie pracować, byłaby to jakaś instytucja zajmująca się np. dziećmi upośledzonymi, nie pomoc społeczna, a dopóki jakaś niezbyt realna przejebana sytuacja życiowa mnie nie zmusi, żadna stała praca na etacie mnie nie ciągnie.
B: Również z mojej strony nie istniało prawdopodobieństwo pracy w tym zawodzie. Faktycznie gdybym podjął owe zatrudnienie byłbym funkcjonariuszem państwowym i wykonywał bezpośrednio jego rozporządzenie. Jednak ta praca ma różne oblicza - możesz zostać zwykłym urzędasem – biurowcem wydającym niskie zasiłki, ale możesz również (jeżeli czujesz do tego „powołanie”, pracownik socjalny to dość specyficzny zawód) pracować z ludźmi, np. ze staruszkami czy upośledzonymi dzieciakami i wnieść trochę radości w ich życie. Jestem ciekawy, co sądzisz o punkowcach pracujących jako lekarze (w systemie zdrowotnym), bądź o punkach - belfrach (system oświaty) uczących np. angielskiego czy matematyki? Ja osobiście wolę punków, którzy reprezentują sobą jakiś poziom i pełnią „pożyteczne” stanowiska (i nie chodzi mi o to, by punkowcy zostali politykami czy policjantami, bo wtedy trudno jest mówić o „pożyteczności”) niż tych, którzy są tępymi jabol-punkami, a ukończenie podstawówki było szczytem ich intelektualnych możliwości.
P: To prawda, życie z zasiłku i wieczna |impreza nie są alternatywą, która mogłaby być
zachęcająca dla kogokolwiek innego niż menele i pasożyty (co nie znaczy, ze potępiam wszystkich biorących zasiłek - jeśli go bierzesz, a czas wykorzystujesz na pożyteczne i konstruktywne zajęcia to świetnie!).
18.Co sądzicie o moralności naszego społeczeństwa? Czy również, jak grupa Amebix, jesteście przeciwko kościołowi i religii katolickiej?
P: Tak, wszyscy odrzucamy religie, nie tylko jak Amebix, ale i każda inna przyzwoita punkowa kapela od Crass poczynając. Nie chce mi się nad tym rozwodzić, bo to zbyt oczywiste - hard core punk i religia to czysta kontradykcja. Co do moralności naszego społeczeństwa - rozumieć to można dwojako. Kondycja moralna naszych „rodaków” jest żenująca – kariera i pieniądze za wszelką cenę, po trupach do celu. Tu nie ma miejsca dla żadnej moralności. Z drugiej strony są jednak deklaracje, modelowy system wartości moralnych o religijnym rodowodzie. Te chore normy wtłaczają nas wszystkich w ramy heteroseksualnej, monogamicznej kultury, która rodzi kompleksy, poczucie grzechu i odrzucenia, wrecz napiętnowania u tych, którzy nie chcą lub nie mogą się dostosować. Ta moralnosć to wyparcie cielesności, odrzucenie radości, zródło seksizmu i homofobii, afirmacja wiecznego postu. Niech nikt źle nie zrozumie - nie potępiam monogamii, sam zresztą jestem zwolennikiem stałych (choć nie dożywotnich i za wszelką cenę), opartych na uczuciu, związków, ale nie zamierzam nikogo w tej sferze do siebie upodabniać. Rozpierdol okowy narzuconej moralności i żyj ciesząc się wolnością! Żaden seks nie wiążący się z przymusem (wyłączywszy pedofilię i wykorzystywanie osób upośledzonych) nie jest „grzeszny”!
B: Moralność naszego społeczeństwa to totalny upadek. W większości są to katolicko-rasistowskie gnoje. Jestem przeciwny każdej religii, nie tylko katolickiej. Działalność kościoła doprowadziła w tym kraju do powstania wzorca, modelu życia i pełnionych ról. I tak kobieta otrzymała rolę matki, kochanki i sprzątaczki, a mężczyzna otrzymał funkcję reproduktora. „prawdziwego” mena, który jest panem swej kobiety. Polskie (katolickie) społeczeństwo akceptuje tylko swoje wzorce, a każdą inność traktuje jak zwyrodnienie i „szatański owoc”. W tym kraju Bóg nie kocha słabych, odrzuca tych, którzy nie są „wzorowymi” katolikami, dyskryminuje homoseksualistów, sprowadza kobietę do roli sługi. Kościół prowadził i prowadzi kłamliwą i zachowawczą politykę, propaguje też dyskryminację w swoim jebanym radiu.
19.Czy często spotykacie się z seksizmem (męskim i żeńskim) wśród punków? Czy my, Polacy nie jesteśmy czasem obciążeni genetycznie seksizmem i wulgarnością często z tym związaną? Czy łapaliście się na seksistowskich żartach, zagrywkach?
B: Prawdę mówiąc nigdy nie byłem świadkiem np. takich sytuacji, o których mówiła jedna ze scenowych feministek w którymś z zinów, że pijane dziewczyny są gwałcone w ubikacji podczas koncertów. Jeżeli faktycznie coś takiego się zdarzyło, to jest to żenujące skurwysyństwo. Razi mnie natomiast męska, podscenowa dominacja na koncertach, czyli mówiąc wprost total hate pogo. Nogi pod sufit, napierdalanka, wszyscy wszystkich mają w dupie, a biedne dziewczyny obstawiają tyły, bo po prostu boją się bawić. Słyszałem rownież o sytuacjach, gdy zabraniano bawić się kolesiom, a za argument podawano, że taki a taki zespół gra dla dziewczyn. Żenada! Istotnie nasze społeczeństwo jest wybitnie seksistowskie. Nie ma co ukrywać, ale jest to głównie męski seksizm. Polacy są obciążeni kulturowo. Każde pokolenie to powiela, bo wynosi to z rodzinnego domu (przeważnie chrześcijańskiego!). Każdy pewnie słyszał o domowej przemocy, o gwałtach, o dyskryminacji kobiet przez pracodawców. Każdy pewnie słyszał (np. w autobusie) głupie, samcze żarty w stylu: „...ty, patrz jaka suka”. Tacy goście bez owijania w bawełnę określają swój stosunek do kobiet. Niestety spora cześć facetów (co nie znaczy, że wszyscy!) postrzega kobietę jako obiekt zaspokojenia swojego popędu i nic poza tym. Ale wkurwia mnie także chamskie i stereotypowe myślenie niektórych dziewczyn, które twierdzą, że każdy facet to skurwysyn i seksista. Oceniajmy ludzi na podstawie tego co robią i jacy są naprawdę, a nie na podstawie stereotypów. Nie, raczej się nie łapię na seksistowkich zagrywkach - nie podszczypuję dziewczyn w tramwaju i nie biję koleżanek, a seksistowskie żarty mnie nie śmieszą.
P: A mnie czasem owszem, tak jak i rasistowskie i inne, także dyskryminujące (a raczej wyśmiewające) Polaków. Humor nie zna granic ani politycznej poprawności... A co do
seksizmu wśród punków – nie jest on rzadszy niż wśród reszty społeczeństwa. Obciążeni są nim nie tylko Polacy, ale każdy chyba człowiek (nie tylko faceci) wychowany w naszej patriarchalnej kulturze (mi np. seksistowskie stereotypy dotyczące kobiet wpajała własna matka!). 2000 lat religijnego mizogynizmu tylko to umocniło. I owszem, nikt z nas wg mnie nie jest wolny, każdy jest częścią tego problemu, tylko należy się starać to sobie uświadomić i pracować nad zmianą. Ilu z nas słysząc teksty w stylu tego wspomnianego przez Balona z ust swoich znajomych próbowało zaoponować? Zapewne niewielu... A z trochę innej beczki –ważne wydaje mi się rozgraniczenie seksizmu, czyli dyskryminacji płciowej od seksu. To, że ktoś „zalicza” kilkunastu partnerów w ciągu miesiąca, czy pierdoli się w krzakach lub nawet w kiblu podczas koncertu (celowo używam ostrego przykładu i wulgarnego języka, bo takimi kategoriami zazwyczaj się o tym myśli, w następstwie sięgając po epitety jak „kurwa”, „dziwkarz” itp. to wyłącznie jej/jego sprawa i żaden powód do braku szacunku do takich osób. A co do naszego narodu seksizm dotyczy wszystkich, natomiast my obciążeni jesteśmy
dodatkowo, specyficznie polskim, wielowymiarowym chamstwem, które tak jak inne przywary uwydatnia i potęguje również i seksizm
20.Wymieńcie pięć zagranicznych i pięć polskich grup, które wg Was zapisały się bardzo mocno w historii punk rocka. Zespoły, które wniosły wiele nowych rzeczy, wiele zmieniły, zainspirowały innych...
P: Więc najpierw zagranica. Przede wszystkim Crass – tak jak mówiłem, że nie wyobrażam sobie siebie bez punka, tak nie potrafię wyobrazić sobie kształtu tego ruchu, gdyby nie pojawił się Crass. Od ponad 20 lat niewysychające źródło inspiracji, którego roli nie sposób przecenić. Oprócz wpływu na ruch punkowy przyczynili się jak nikt inny do odrodzenia ruchu anty militarnego (Campaign For Nuclear Disarmament), a singiel "How does it feel to be a mother of one thousand dead?" stał się przedmiotem obrad parlamentu. Kto jeszcze? Może Confilct jako kontynuatorzy myśli Crass, którzy rozpropagowali nie tylko (jak ich poprzednicy) wegetarianizm, ale i akcję bezpośrednią, popularyzując Animal Llberation Front i sami w nim uczestnicząc. Z kolei mniej ideowy Discharge był ogromną inspiracją, jeśli chodzi o muzykę – tak skrajnie prosto, a zarazem porywająco i potężnie nie grał nikt przed nimi i niewielu po nich). Lp “Hear nothing, see nothing, say nothing” to punkowy elementarz. Punka amerykańskiego nie wyobrażam sobie natomiast bez Dead Kennedys i „pozytywnego” (tak jakbym do tej pory wymieniał „negatywne”) Minor Threat. I już mamy piątkę, a gdzie jeszcze Antisect i Amebix (których to kapel „In darkness...” i „Monolith” to me dwie najlepsze płyty), Crucifix, Icons Qf Filth, Nausea, Ripcord... Z kolei w Polsce dla odmiany Rejestracja – to dla mnie absolutny faworyt, choć sam tą „właściwą” Rejestrację poznałem dość późno, wcześniej znając jedynie jej późniejsze wcielenie (takie jak kawałki z „Jak punk to punk” - niby niezłe, ale już nie to, co kiedyś). Bardzo mnie ucieszyła płyta „Tribute to Rejestracja”, natomiast gorzej z wiadomością, że zespół się reaktywował. Szkoda słów. Oto jak zdychają legendy... Dalej na pewno Dezerter - nie słucham ich późniejszych rzeczy -w zasadzie od trzeciej płyty (to już ponad 10 lat...), ale kiedyś to była dla mnie najważniejsza kapela. Miałem zeszyt, gdzie spisywałem teksty z pierwszego singla, koncertów, „Izolacji” czy okaleczonej cenzurą drugiej (pierwszej polskiej) płyty. Kolejny zespół w skali ogólnej nie był może zbyt istotny, ale odegrał wielką rolę w moim własnym życiu, dzięki niemu zetknąłem się bowiem z punk rockiem. Był to Konwent A, któremu „kibicowałem” od pierwszego koncertu w Domu Społecznym „Zaspa” (gdzie zresztą większość swoich występów dali) do ostatniego w gdyńskim „Kolejarzu” u boku The Ex, po którym sekcja rytmiczna odeszła w szeregi... ZOMO. Z czasów współczesnych stawiam na HOMOMILITIĘ - pamiętam ich pierwszy koncert. Pałer płynący ze sceny i szok wśród wielu znajomych, że można śpiewać takie rzeczy. Sam zetknąwszy się już z tematyką praw homoseksualistów w pismach anarcholskich, byłem nieźle zdziwiony, że tylu punków, rzekomych „postępowców” żywi takie przesądy. Pamiętam liczne dyskusje w gronie przyjaciół, które naprawdę przekonywały ludzi. Myślę, że w skali polskiej sceny punk za sprawą Wojtasa znacznie ograniczono uprzedzenia wobec „pedałów i lesb”. Jaka będzie ostatnia kapela w tym miejscu każdy już wie - tyle razy nazywano ją najważniejszą najważniejszą polską grupą punk, czy to lat 90-ych, czy to w ogóle, że pominięcie jej nie wchodzi w rachubę. Chodzi oczywiście o Guernicę i jej jakże ważne teksty. Szkoda tylko, że życic rzadko dorównuje legendom...
B: Crass, Dead Kennedys, Conflict, Nausea, Discharge, Los Crudos, Amebix... Stary Dezerter, przypomniana ostatnio Rejestracja, Homiki, Włochaty, Guernica Y Luno...trwa historia...
P: I żaden z nas nie wymienił Misery! (śmiech)
21.Chcecie jeszcze coś dopowiedzieć?
B: Dzięki za wywiad, pozdrowienia dla wszystkich znajomych na całym globie. Myślcie, twórzcie i działajcie pozytywnie i alternatywnie.
P: Ja też dziękuję za interesujące pytania - sorry, że tak się rozgadaliśmy, po części to Twoja wina. Dzięki dla czytelników, którzy dobrnęli do końca. Mam nadzieję, że was nie zanudziliśmy. Myślcie samodzielnie, bądźcie krytyczni i nic płyńcie z prądem jak gówno (punk to nie Chumbawamba czy NOFX, a hard core to nie Victory) D.l.Y!!! Do zobaczenia na koncertach!