Niusy Biografia Dyskografia Koncerty Zdjęcia Wywiady Recenzje MP3+Teksty Kontakt Linki


Niusy
Biografia
Dyskografia
Koncerty
Zdjęcia
Wywiady
Recenzje
MP3+Teksty
Kontakt
Linki

MAĆ PARIADKA NR 3-4/1998 WIOSNA’1998:

FILTH OF MANKIND + MONEY DRUG “NIE MAM WIĘCEJ PYTAŃ” DISAS-TOUR’98

Nauczeni dotychczasowym doświadczeniem, przygotowania do tegorocznych ferii zaczęliśmy z dużym wyprzedzeniem tak, by mieć ewentualnie czas na dodatkowe improwizacje w razie nieprzewidzianych okoliczności. No i Azachielowi chwała i dzięki, bo pierwsze potwierdzenia i tak docierać zaczęły ledwie na miesiąc przed wyjazdem. No i już dobrze wróżąca niespodzianka - koleś mający załatwić koncerty we Włoszech zdziwiony pisze Kloszardowi, iż nie wie jak u nas, ale w Italii luty ma tylko 28 dni, więc nie da rady załatwić nam koncertów 29,30131 lutego. W naszych szeregach chwila konsternacji, potem beczka śmiechu i szybki telefon wyjaśniający, że nasz tur-mene- dżer pomylił luty ze styczniem. Na szczęście (?) okazało się, że mimo iż czasu mało, koncerty załatwić się da. Dla odmiany na jakieś 10 dni przed planowanym wyjazdem ściemnił kierowca, z którym byliśmy umówieni. Znowu amok, tydzień wiszenia na słuchawkach telefonów i na 4 dni przed godziną zero udało się nam dogadać z Krzyśkiem z Olsztyna. Hail Discordia!

Tak więc nadchodzi 23 stycznia, piątek, ładujemy vana do pełna i wio! ku czekającym nas przygodom. Jako, że pierwszy koncert mamy dopiero dwa dni później we francuskim Nancy, toteż wieczorem cumujemy w Berlinie u, jak zwykle gościnnych Gaby i Mario (cheers, friends!), tam też spędzamy kolejny dzionek i dopiero wieczorem - witaj autobahnie! Do Nancy docieramy o jakiejś 6 rano, bez większych komplikacji znajdujemy miejscówkę i małe zdziwko - jest to szkoła i to podstawowa i o tej porze oczywiście nikogo w środku. Na szczęście po długich poszukiwaniach telefonu, karty itp. gadżetów udało nam się dodzwonić do organizatora, który przybył i otworzył nam ów przybytek indoktrynacji. Pospaliśmy do ok. południa, po czym zbudziły nas odgłosy przygotowań do gigu. Dziwna sprawa jak na Zachód - koncert zaczynał się o piętnastej, a skończyć miał się o 22. Jeszcze przed jego rozpoczęciem rozstawiły się dość liczne dystrybucje, tym co zwracało uwagę była wyraźna dominacja książek i pism o tematyce politycznej, ekologicznej itp. nad płytami i kasetami. Chciałoby się, żeby i u nas był taki (lub w zasadzie jakikolwiek) wybór interesującej literatury.

Koncert rozpoczęli miejscowi grindnoise’owcy z kapeli Dhibac - nie było to bynajmniej nic za czym bym przepadał, ale przyznać im trzeba, że potrafili swą młóckę urozmaicić wstawkami reagge czy ska. Zresztą ja i tak bardziej zajęty byłem wtedy dystrybucją tudzież obserwacją dwóch zoologicznych przypadków naszych skłotujących w Nancy rodaków - jeden z nich, ochrzczony przez nas mianem Koszałka Opałka był tak zajebisty, że dla pustej puszki po piwie wszedł w przerwie między kawałkami na scenę, stanął na głowie i wyrecytował rosyjski wierszyk...

Po tym ujmującym popisie grać zaczęło G.D.B. - znajomy części z nas duet (jeszcze wcześniej ich pałker, Jerome przywitał nas wpojonymi mu w Edynburgu słowami „mera juma, nojka szóstka”). Nie wiem czy w ich repertuarze były jakieś kompozycje własne czy tylko covery, ale tych drugich na pewno było wiele - rozrzut od Ramones poprzez Discharge po... Sodom (zajebiste „Ausgebomb“), a wszystko to zagrane z dużą werwą i mocarnym brzmieniem gitary - brak basa raczej nie był szczególnie odczuwalny. Następne w kolejności było Kochise - paryscy anarchole to chyba najbardziej obecnie popularny francuski zespół w Europie, obie ich płyty są u nas dostępne na kasetach wydanych przez Dwie Strony Medalu, tak, że część z was pewnie zna ich świetny, melodyjny i energiczny anarcho-punk. Ja widziałem ich już dwa razy na żywo grających półtora roku temu z Aus Rotten i wrażenie wywarli na mnie bardzo dobre. Niestety tym razem ich występ mogę określić tylko jako dobry, czy wręcz poprawny, brakowało w tym jakiejś energii, ciekawe czy był to tylko słaby dzień czy coś trwalszego.

W każdym razie po występie paryżan trzeba było przypomnieć sobie po co właściwie przyjechaliśmy - wjazd na scenę i dalej z koksem – jak na pierwszy od dłuższego czasu koncert wyszło całkiem nieźle, nieliczne wpadki były chyba niesłyszalne dla publiki, która przyjęła nas zdecydowanie dobrze. Na dokładkę po powrocie do chaty okazało się, że koncert się całkiem fajnie nagrał, może więc opublikujemy go w jakiejś formie.

Zaraz po nas pojawił się Zygomatic Zone. Część z nas już ich znała, reszta miała chyba tym lepszą niespodziankę - ich wyraźnie francuska muzyka to połączenie punkrocka (z automatem perkusyjnym przywodzącym na myśl Tromatism) z klimatami etniczno-folko- wymi, a nawet techno. Tym razem mjuzik wzbogacony został jeszcze przez zaprzyjaźnionych z zespołem happenerów, których pełne ognistych płomieni i tumanów wapna widowisko było atrakcją samą w sobie, a mi ponownie skojarzyło się z Tromatismem.

No i pierwszy (i najlepszy bajdełej) koncert tej trasy zakończyć przypadło Money Drug. Chłopaki zagrali siarczyście, przyjęci zostali dobrze i na nocleg (w dwóch, a w zasadzie trzech różnych miejscach) udawaliśmy się w jak najlepszych humorach.

Rankiem typowo francuskie śniadanie, czyli bagietka z dżemem i wyjazd. Do Strasbourga docieramy dość wcześnie, toteż parkujemy samochód, umawiamy się z gospodarzami na później i wyruszamy na miasto, którego stara część okazuje się być naprawdę przepiękna. Mi do gustu przypadły szczególnie urokliwe uliczki pełne małych domków przywodzących na myśl niektóre budynki stojące... w Gdańsku nad Motławą. A dla odmiany strasbourskie tramwaje to skok w wiek XXI, wyglądały jak kosmoloty. Po powrocie do klubu zajmujemy się piwem, następnie wrzucamy przepyszny obiadek (moim zdaniem nr l tej trasy) i gramy - ludzi dość mało (+/- 30), bawi się jedynie nasz najebany rodak, a reszta ogranicza się do oklasków, ale w sumie atmosfera dość miła. Nagle wybucha bomba – Kloszard zostawił w kiblu saszetkę zarówno ze swoją kasą, jak i z tym co dostaliśmy za koncert w Nancy (a swoją drogą był to najlepiej płatny koncert tej trasy). Oczywiście gdy po kwadransie skumał, śladu już po tym nie było. Żeby było śmieszniej po jakimś czasie saszetka wraca na miejsce, oczywiście ze wszystkim oprócz kasy, nawet polskiej. Cóż, z bezsilności pozostaje tylko sięgnąć po kolejne browary i oddać się rozmowom ze wspomnianym już rodakiem i z nader przyjaznym organizatorem. Imprezujemy tak sobie w najlepsze, aż w pewnym momencie Młody (basista MD) postanawia polatać sobie na miotle i skacze z nią z wysokości pierwszego piętra. Oczywiście a-ła, a-ła, nóżka boli i Sławuś nie może chodzić. Next day rano po śniadanku miast jechać do Genewy, trzeba zawieźć naszą niedoszłą czarownicę do lekarza. Dobrze, że dzięki miejscowym wiemy gdzie można znaleźć darmowego konowała. Oczywiście pierwsze pytanie Młodego - „czy będę mógł dalej pić?”.

Po wyruszeniu robimy zakupy w przydrożnym supermarkecie. Gdy już mamy się zwijać, pojawiają się gliniarze - gadki-szmatki, każą nam czekać, po czym przybywają jacyś inni, cywilni, którzy przystępują do trzepania samochodu. Chuj wie czego chcieli, ale w końcu dali sobie spokój. Ruszamy więc dalej uroczą górską serpentyną ku granicy szwajcarskiej. Przejście malutkie, celnicy nas zatrzymują, zabierają paszporty i zaczyna się kołomyja - rewizja osobista, zaglądanie w dupę i pod genitalia, obmacywanie podeszew, trzepanie skarpetek, dokładny przegląd samochodu i bagaży, nie zabrakło też pieska od narkotyków itp. Dość powiedzieć, że trwało to cztery i pół godziny, po czym nas zawrócono. Koncert w Genewie był już spisany na straty (za późno), ale ponieważ następny dzień mieliśmy wolny, postanowiliśmy próbować dalej, choćby po to by wytłumaczyć się organizatorom.

Kolejne przejście - znów odesłani (byliśmy już w komputerze), no i kolejne - o dziwo wjazd. Był już środek nocy, skierowaliśmy się więc do pobliskiej Lozanny, gdzie przespaliśmy się na znajomym skłocie. Po południu przyjeżdżamy do Genewy i drobna niespodzianka - organizator koncertu wyjechał na wakacje, a my wcale nie przybyliśmy o dzień za późno, tylko o miesiąc za wcześnie - ta sama pomyłka co w przypadku Włoch - dzięki ci, Panie. Pozostaje się przespać i wczesnym rankiem dalej w drogę - znowu Francja, następnie kierunek Alpy i tunel pod Mont Blanc, oczywiście po obu stronach postój, zdjęcia itp. Tunel ma kilkanaście km długości, a granica włoska (w postaci tablicy Italia) mieści się w jego środku.

Po wyjechaniu, Włochy przywitały nas słońcem, w promieniach którego „pagórki” po obu stronach krętej drogi wyglądały dużo przyjemniej. Z kolei Turyn powitał nas rozległymi „zona industriale”, następnie brudem, obskurą i jakimś rynkiem pełnym podejrzanych typów pochodzenia na oko tureckiego.

Dość rychło trafiliśmy na skłot, zostawiliśmy graty i wio na miasto - generalnie wielki przemysłowy tygiel i robotnicze sypialnie, ale perełek architektonicznych, zwłaszcza (a fe!) sakralnych nie brak. Z kolei w sklepach załamka - spodziewaliśmy się raczej taniochy, a tu chuj - wszystko drogie (no, może poza winem), a chleb po cenach wręcz spekulanckich. Sam koncert to też niezła bieda - ludzi przyszło nawet sporo, ale do knajpy, nie na koncert – większość siedziała przez cały czas w barze, a na sali pustki. My zagraliśmy jeszcze dla jakichś 15-20 osób, z których część jakoś nawet reagowała, potem grała kapela organizatora tej części naszej trasy, Los Vaticanos. W ich muzyce dużo było wpływów Rorschacha, ogólnie to czadowy, pełen zmian tempa i dysharmonicznych dźwięków hardcore, który podobał się tak mi, jak i tej będącej na sali garstce ludzi. No i pora przyszła na M.D. - na sali byłem już tylko ja, Balon (perk. F.O.M.) i dwóch ludzi z L.V., a bar oczywiście pełen. Cóż, jak później napisała mi znajoma - ludzie w Turynie nie chodzą na koncerty. W ogóle tamtejsi skłotersi szczególnego wrażenia na mnie nie zrobili - większość wpierdala mięso, żarcie przed koncertem przygotowali najpierw sobie, potem właśnie co przybyłym Los Vaticanos, a na samym końcu nam, którzy przybyliśmy tam na długo przed koncertem i oczywiście głodni byliśmy jak wściekłe psy. Zresztą w ogóle myślę, że u nas kapele przyjeżdżające z zagranicy spotykają się z lepszym traktowaniem i większym zainteresowaniem niż np. w tychże Włoszech.

W każdym razie po koncercie jedziemy na drugi koniec miasta, na sławetne ,,El Paso”. Nie da się ukryć, że po najsławniejszym włoskim skłocie spodziewałem się czegoś więcej niż tylko dojebanej rudery. No i oczywiście w pokoju piździ jak na Uralu. Zresztą to ma się stać włoską tradycją.

Rano (tzn. ok. południa) wracamy na miejsce koncertu, po instrukcje od nocujących tam Los Vaticanos (wieczorem byli zbyt ujarani by można było coś od nich wydobyć). Jak je usłyszałem, myślałem, że padnę - „wjeżdżacie do Florencji, kierujecie się na Stadio Coverciano i szukacie skłotu naprzeciwko supermarketu Coop”. Zero adresu czy telefonu - profesjonalizm pełną gębą.

Przed wyjazdem robimy jeszcze zakupy na jakimś rynku, gdzie chleb nabywa się chyba nielegalnie. Próbowaliśmy się targować, ale ekipa od tego chleba wyglądała jak dilero-stręczycielo- gangstas i trochę dygaliśmy, że nas objumają (niepotrzebnie mieliśmy przy sobie cały cash za koncert, było nas ledwie trzech, a ich chyba pięciu), więc daliśmy sobie spokój, tym bardziej, że i tak było znacznie taniej niż w sklepie.

Skłot we Florencji (o tyleż dumnej co nieoryginalnej nazwie „LaVilla”) znajdujemy psim węchem i niespodzianka - koncert w Turynie rozpoczął się grubo po północy, ten o 23.30 ma się zakończyć, a tu już jest koło 22. Żarcia oczywiście zero, bo zdążono już je za nas zjeść, ale na szczęście później coś tam dogotowano. Ludzi tym razem sporo i to zainteresowanych koncertem (bawią się) tudzież dystrybucją, schodzą nawet koszulki F.O.M., ogólnie fajowo, tylko z kasą wręcz przeciwnie - koledzy z Rzymu dochodzą do wniosku, że dzielimy się pół na pół, bo muszą zapłacić za samochód. Nic to, że jesteśmy zespołami z zagranicy, że jest nas dwa razy więcej, że oprócz benzyny wjebaliśmy tego dnia 30.000 lirów (ok. 30 DM) na autostradę (inaczej dojechalibyśmy chyba na rano) i że za samochód płacimy Krzyśkowi 30 gr. od km (co swoją drogą i tak jest kompletną taniochą), a zjeżdżając do Florencji i potem wracając na północ zrobiliśmy ich kilkaset - dostajemy 100.000 lirów, tak że w plecy jesteśmy elegancko. Żeby było jeszcze przyjemniej okazuje się, że śpimy na miejscu - „La Villa” wbrew swej nazwie to kompletna rudera zaskłotowana jako jakieś lewackie centrum (chyba mają tam coś a’la przedszkole - pełno dziecinnych malunków z powtarzającym się motywem kubańskiej flagi), w którym nikt nie mieszka - oczywiście zero ogrzewania, materacy itp. Śpimy na jakichś pozwijanych wykładzinach itp. zorganizowanych przez siebie sprzętach, a zimnica maksiasta - pozostaje tylko rozgrzać się etanolem - dobrze, że coś tam ze sobą mieliśmy.

W trakcie imprezy pada pomysł powetowania sobie strat dzięki ściągnięciu ropy do baku. Po dłuższych przygotowaniach delegacja pod przewodnictwem Krzyśka przystąpiła do dzieła, w jego trakcie Krzychu sobie łyknął i okazało się, że to olej jakowyś, a nie ropa. Porażka po raz n-ty. Pijemy dalej w kuchni, nagle z sąsiedniego pokoju dobiegają nas głośne dźwięki - uchylamy drzwi i widzimy Krzycha (było nie było czterdziestoletniego faceta) tarzającego się po posłaniach i niczym Tarzan wyjącego. Zatkało nas kompletnie i dużo czasu minęło nim skumaliśmy, że to nie wódka, tylko ten olej tak go trzepnąć musiał. Po dłuższej chwili na szczęście minęło i nasz drajwer usnął snem sprawiedliwego, a wkrótce potem i my w jego ślady poszliśmy.

Koło południa alarm - Maciek (git. MD, voc. FOM) mówi, że zniknął nasz van, a w miejscu w którym stał jest targ. Wstajemy pełni nieufności węsząc w tym kawał, a tu fakt - biznes kwitnie, a zakazów parkowania w pizdu – szkoda, że Krzysiu nie widział ich przeparkowując wieczorem samochód. Tak więc telefon na policję coby się dowiedzieć o adres parkingu i jedziemy odebrać wóz z jasyru. Przyjemność ta płatna jest 90.000 lirów, tak, że znowu rewelka. Tekstu „nie mam więcej pytań” uczy się już nawet Krzysiek. No i kolejna miła rzecz - jest sobota, a więc najlepszy dzień na koncerty, tymczasem my akurat mamy day-off. Znowu brawa dla kolegi z Los Yaticanos. Ale dzięki temu możemy spędzić nader miłe popołudnie spacerując po Florencji - kurwa, co za miasto! Ani mi się śni go opisywać, bo za nic by mi się to nie udało, w każdym razie kopary wszystkim opadają zgodnie. Spaceruje się tym przyjemniej, iż co chwilę wdeptujemy do jakiegoś sklepiku po winko za free. Ach, ci polaczkowie. A skoro o nich mowa - w czasie dreptania mijamy jakąś wycieczkę, Młody na jej widok retorycznie wykrzykuje: „kurwa, Polacy?”, a odpowiedź oczywiście - tak! Nawet jak wąsy obetną, to i tak widać, że to Lachy, dziejku panie.

Kolejny nocleg w samozwańczej willi już nam się nie uśmiecha, toteż wieczorem ruszamy do niezbyt odległej Modeny - docieramy tam w środku nocy, jeździmy w tę i z powrotem próbując znaleźć właściwą ulicę, ja sobie słodko drzemię i nagle budzi mnie wrzask ,,uwaga!” i jeb! Wpieprzyliśmy się pod jakiś samochód, van wygląda jak grat, spod maski dymi, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? Przyjeżdża policja, my dzwonimy na skłot, aby ktoś po nas wyjechał i zastanawiamy się czy to już koniec trasy i ile dni spędzimy w Modenie na naprawie samochodu (tudzież za co go naprawimy). Póki co ponowne holowanie (tym razem 180.000), jedziemy na skłot położony w takiej żona industriale, że sami za chuj byśmy go nie odnaleźli, to już w zasadzie całkiem za miastem. Dostajemy papu i znowu przeraźliwie zimny pokój z deskami do spania. Przed snem część z nas rozgrzewa się więc prowadząc rozmowę o dziwnych miejscach, w których się masturbowaliśmy (pociąg, autobus itp.), fantazjach seksualnych itd.

W niedzielę nie ma co szukać otwartych warsztatów, pozostaje więc tylko powalczyć z karoserią, tymczasem najgorzej rzecz ma się z chłodnicą - rozwalona dosyć konkretnie. Koncert gramy w ramach drugiego dnia festu - w sobotę było ponad 300 osób, teraz już niestety ledwie połowa z tego. Oprócz nas znów gra L. V. (niby brak większych podstaw do antypatii, ale w naszych rozmowach zaznacza się ona wyraźnie) i jeszcze dwie kapele, których zanadto nie pamiętam z racji dystrybuowania w innym pomieszczeniu. Mogę tylko powiedzieć, że jedna z nich grała ciężki industrial core na dwa basy (a bez gitary). Nam gra się w sumie fajnie, mimo problemów sprzętowych, publika przyjemna, a w trakcie grającego jako ostatnie M.D. przybywa nader sympatyczna spikey crew z Rzymu, związana z kapelą Scum Of Society. Od razu nawiązujemy wspólny język, szkoda więc, że w jakiś czas po koncercie organizatorzy mimo naszego wstawiennictwa wyrzucają ich (jak i wszystkich poza nami) ze skłotu, w którym nas zamykają na noc - dobrze, że od wewnątrz (dwoje z nich nocuje gdzieś na górnym piętrze, odgrodzonym od nas dodatkową kratą i kłódką). Owe środki ostrożności dyktowane są ponoć licznymi problemami z policją. Jako, że tym razem nie ma innych kapel, toteż łapiemy się na ciepły (wręcz gorący) pokój z łóżkami - po prostu miodzio.

Dzień następny upływa nam na czekaniu - Krzysiek z miejscowymi jeżdżą po sklepach, warsztatach itp. Ostatecznie kupujemy klej do metalu i (plastikową) chłodnicę kleimy - czary-mary dość poważne, a potem zagadka czy będzie się trzymać czy nie (i czy w ogóle nie urwie się drut, na którym wisi). Jeszcze jedna noc w gorącym pokoju i rano z duszą na ramieniu - ruszamy. Zrazu wolno, pełni wątpliwości, potem coraz śmielej zmierzamy ku Słowenii. Po drodze mijamy Wenecję i niestety nie mamy czasu by do niej wjechać - to jest niestety bolesna różnica między trasą a wycieczką. Granicę pokonujemy pełni obaw (wygląd wozu, brak kierunkowskazu itp.) ale bez problemów i spotykamy się z Jolandą, która zorganizowała nam tę część trasy. Będzie nam też w jej czasie towarzyszyć swym samochodem, do którego wsiada też część z nas - od razu luźniej i wygodniej w vanie.

(166kB)Na początek gramy w Żeleznikach. Jest to w zasadzie wioska (no, małe miasteczko) w gó- rach, koncert odbywa się w piwnicy pizzerio-knajpy, a my zostajemy powaleni potrawą o nazwie jota - coś a’la bigos, tylko bardziej kwaśne, dobre, gorące, ze świeżutkim chlebem, po kilku dniach jedzenia makaronu smakowało nam to niemożebnie.

Sam koncert znów udany, ludzi niewielu, ale podobało im się i umieli to okazać. Nocleg u sympatycznego, choć katującego nas straszliwymi krastami gdy mieliśmy ochotę na przyjemne disco, organizatora.

Rano zawijamy jeszcze do knajpki, w której graliśmy, na pyszną herbatkę, następnie zwiedzamy położone nieopodal miasteczko Skofja Loka, gdzie w sklepie znajdujemy spirytus w cenie równej ok. 4 DM za litr. Cena tak podejrzana, że nikt nie kupuje (a był OK., bo parę dni później Młody i Maciek kupili tyle, że już za półtora raza wyższą cenę). Potem ruszamy dalej i docieramy do mariborskiej „Pekarni”. Organizacyjnie największy syf, omijajcie to miejsce z daleka – bilety po 200 tolarów (ok. 2 DM, a np. piwo sprzedawali za dwukrotność tej kwoty), do picia na 10 osób dostaliśmy 2 wina i 5 piw (0,33 l), nocować mieliśmy na scenie, zamknięci w sali bez możliwości wyjścia czy skorzystania z toalety, na śniadanie zostawiono nam reklamówkę zawierającą słoik dżemu, słoik ogórków kiszonych i... 3 puszki mielonki! Vegan as fuck! Jakby było tego mało i jakby ktoś miał jeszcze jakieś pytania, to już w trakcie pierwszej kapeli (lokalne sweter-punki smucące po 2 solówki w jednym kawałku, dobrzy technicznie, ale nudzący bardziej niż lekcje P.O.) organizator przestał zbierać kasę za wjazd, wręczył ją Jolandzie i spierdolił do domu nim zdążyła nam przekazać jak szokującą kwotę dostaliśmy. Było tego... 25 DM! Szkoda, że nie wiedzieliśmy gdzie skurwiel mieszka... Dla odmiany na dobre nam wyszło z noclegiem. Jolandą zaproponowała nam podróż do siebie, czyli do odległej o jakieś 30 km miejscowości Ptuj. Przystajemy mimo, że uprzedza nas o problemach ze starymi i że będziemy musieli być cicho. Tak więc dojeżdżamy i szok - rodzice naszej gospodyni są właścicielami zajebistego, położonego pod miastem hotelu! Wchodzimy cichutko, opanowujemy 3 sąsiadujące ze sobą pokoje, wreszcie mamy okazję skorzystać z prysznica i ciepłej wody, śpimy w mięciutkich łóżeczkach - jest bosko! Na dokładkę Jolka przynosi jedzonko i zapas winek z hotelowej kuchni - jest więc jak we śnie. Rano czyściutcy i wypoczęci zwiedzamy Ptuj, m.in. wchodząc na leżący na wzgórzu zamek oraz buszując po złomowisku (pod pretekstem szukania chłodnicy), a następnie - kierunek Ljubliana. Tamtejsza „Metelkova” skłotem już ponoć nie jest, w każdym razie wygląda dość fajnie. Znacznie mniej fajna była natomiast kwestia jedzenia - w jednym garnku gotują się jakieś kurczaki (dla gospodarzy), w drugim zupa dla nas wygląda podobnie jak to, w czym pływają kurczaki, ale tubylcy zapewniają, że jest wegetariańska. Jemy więc w najlepsze po to, by po paru łyżkach zwątpić w słowa kucharzy - pewności oczywiście brak, ale większość z nas raczej zgadza się, że zupa jest z trupa. Na korytarzu znajdujemy napis „Anti Vegan System” - może więc to celowy sabotaż? Dla odreagowania udajemy się na spacer po mieście, w którym dwanaście lat temu nagrana została jedna z najlepszych płyt z polskim punk rockiem. Przy okazji dowiaduję się co oznacza nazwa najsłynniejszej pochodzącej stamtąd kapeli. Otóż Laibach fo po prostu niemieckojęzyczna wersja nazwy miasta. Kto by pomyślał? Z kolei koncert gramy tym razem z zespołem Internacija – jeżisz marła, co za band - zbuntowany studencki rock w klimacie Bielizny z niemożebnie fałszującym wokalistą. Z trudem powstrzymywaliśmy się od jawnego nalewania z nieszczęśników. Następnie Money Dżołk i my - jak dla mnie jeden z najlepszych koncertów tej trasy, przyjęcie entuzjastyczne, na scenie słychać wszystko zajebiście, pierwszy raz zagraliśmy dokładnie wszystkie kawałki z wszystkimi coverami, kończąc na Misery, w czasie którego Miłosz szalał z mikrofonem, bo gitarę przejął Młody - naprawdę było nieźle, a po koncercie miało miejsce jeszcze długie party. DJ puszczał disco hits Młodego na przemian z licznymi taśmami metalowymi, wszystko wzbogacając jakimiś straszliwymi efektami specjalnymi typu ryk potwora. Impra udała się na tyle, że o mało nie kupiliśmy coca-coli by zmieszać ją z naszą whisky (bo oczywiście napojów mniej chujowych firm w barze nie było), ale koniec końców grzechu tego punkowego nie dopuściliśmy się.

Następnego dnia za namową naszej przewodniczki zboczyliśmy nieco z drogi by zobaczyć Predjamski Grad. Leży on w pobliżu miasta Postojna i jeśli kiedykolwiek będziecie w tej okolicy - zajedźcie tam koniecznie. Jest to prześliczny zamek położony w górach, nad przepaścią i pod skalnym nawisem - miejsce po prostu jak z bajki, jeszcze nigdy nic równie urzekającego nie widziałem. Szkoda tylko, że (oczywiście) dojechaliśmy tam o 16.15, a wejść do środka można było do 16.00. Niemniej jednak widok z zewnątrz był i tak niesamowity.

Sławetny MKNŻ w Ilirskiej Bistricy wrażenie też zrobił na nas niczego sobie. Jest to malutki klubik, w którym mieści się też studio nagraniowe, żarcie (wyśmienite zresztą) kapele dostają w położonej 20 m od klubu restauracji, a nocleg w pobliskim hotelu robotniczym. Do tego jeszcze dużo spontanicznie reagujących ludzi, znający się doskonale na rzeczy i władający perfekcyjnym angielskim akustyk, słowem - jedno z tych miejsc, do których zawsze chce się wracać. Tym razem grała z nami Pizda Matema, w recenzjach możecie poczytać o ich płycie, na żywo brzmieli o wiele potężniej, momentami mocno kojarząc się z Detestation, to znów grając bardziej power-violence’owo. Szkoda tylko że basista, totalnie ujarany, brzdąkał bez sensu jakieś głupoty, śmiejąc się przy tym nieustannie, całe szczęście, że akustyk postarał się by bas nie był zbytnio słyszalny. Nam się za to znowu grało zajebiście, a jedyny minus, to że pod koniec okazało się, że trzeba się streszczać i nie udało nam się popisać wszystkimi coverami (na które napalił się znany niektórym polskim punkom Matjaż - koleś o zajebistym, bo nader zbliżonym do mojego, guście muzycznym). Także Money Drug wypadło zajebiście, brzmiąc niczym walec przetaczający się po uszach publiczności, wśród której wyróżniały się dwie postacie. Pierwszy był jakiś stary git w czerwonym sweterku, wywijający niezłe szpagaty, natomiast druga - czterdziestoletnia kobieta w skórzanym żakiecie tańcząca sobie w najlepsze jakby słyszała właśnie jakoweś Czerwone Wiertary, a nie kolejne covery ENT czy Disrupt. Zaprawdę porywający był to widok.

Nocleg jak już wspomniałem w hotelu, więc znowu jakże wytęsk- niony przez nas luksus miękkich posłań, ciepłej wody i przede wszystkim ciepłych pomieszczeń. Nie da się ukryć, że po dłuższym okresie deprywacji zaczyna się takie rzeczy doceniać. Dzionek kolejny to sobota. Na początku mieliśmy załatwiony koncert w Ormożu - drugim po Ilirskiej miejscu w Słowenii gdzie jest podobno zawsze ekstra, a ludzie przyjeżdżają nawet z Chorwacji. Ponieważ jednak w drodze powrotnej chcieliśmy zagrać w Austrii, a można tam było załatwić tylko sobotę, toteż Ormoż odwołaliśmy (rzecz naturalna - lepiej zahaczyć o l kraj więcej, a poza tym z Austrii bliżej już było do naszej łojczyzny). Tak więc Martin Clochard załatwił gig w Grazu. Niestety jednak jego organizatorka nie zdążyła podesłać na czas adresu miejscówki, Klosz miał tylko telefon do niej do chaty. No i oczywiście przez wszystkie te dni nie zadzwoniliśmy do niej. Ruszyliśmy więc z Ilirskiej koło południa, jak był telefon to nie było gdzie kupić karty, jak mijaliśmy pocztę, to ci w pierwszym samochodzie jej nie widzieli (a w vanie brak było klaksonu) itp., itd. aż dojechaliśmy do granicy. Czule pożegnaliśmy się z Jolandą, telefonu oczywiście brak, a żeby było śmieszniej Au- striacy mówią, że w dziesięć osób nie wjedziemy (samochód zarejestrowany jest na dziewięć) i nas cofają. Po naradzie Kloszarda wysyłamy na stopa, a sami robimy drugie podejście. Celnik dokładnie sprawdza czy ten dziesiąty nie ukrył się gdzieś pod fotelem, jednak potem już bez komplikacji wjeżdżamy obiecując, że za cztery godziny będziemy na granicy Czech.

Dojeżdżamy do Grazu, dzwonimy, Sabiny oczywiście nie ma, pewnie jest już w klubie, do którego my nie wiemy jak trafić. Po dość krótkim czasie dobija Kloszard, razem jedziemy do klubu, w którym kiedyś grał State Of Fear - miejsce raczej nie było punkowe i o naszym gigu nikt nic nie wie, a godzina już jakaś 21-22, czujemy że grania tunajt nie budiet. Stoimy pod tym klubem, była to niezła uliczka pełna peep show’ów, knajp ze stripteasem itp. rozrywek dość więc podejrzana. No i nagle podjeżdżaj ą bastardy, mundurowi wraz z tajniakami, legitymują nas, wzywają posiłki (robocopy z jakowejś brygady narkotykowej, z karabinami itd.) no i mamy - trzepanie na środku ulicy, grzebanie w torbach, przeglądanie wszystkich płyt, itp. Wreszcie jednak dają spokój, choć przez chwilę jeszcze za nami jadą, ale szybko odpuszczają. Próbujemy jeszcze paru desperackich telefonów, ale chuj, trzeba jechać do domu. Znowu sobota bez koncertu, a wystarczyłby 1 telefon na czas...

O jakiejś 4 rano Krzychu budzi nas mówiąc, że jesteśmy na granicy. Zaspani bezwiednie podajemy „paski” celnikowi, a ten nagle je, kurwa liczy i oznajmia, że „ciesieńć osoba, samochut na ciewieńć osoba”, po czym komunikuje, że złamaliśmy prawo i albo zapłacimy 400 DM (więc prawie po bańkę na łeb), albo zostawiamy brykę na celniczym parkingu. Z typem zero dyskusji, tak więc załamka w apogeum, jakby mało jeszcze gówna na nas spłynęło. Płacimy, jedziemy dalej, po dalszych paru godzinach docieramy do Cieszyna, tam jakiś palant musiał (udając przy tym w porzo koleżkę) potruć o jakimś zaświadczeniu, że nie rozbiliśmy się w Czechach (jakby nie wystarczał mu włoski protokół wypadku), ale nic to. Jeszcze jakieś kilkanaście godzin i wieczorem w niedzielę 8 lutego, w przeszło 30 godzin po opuszczeniu Ilirskiej, jesteśmy w Gdańsku. Totalnie wypompowani rozliczamy się i żegnamy z Krzyśkiem (który na niezły podziw zasługuje za to, że wytrzymał tyle czasu z takimi zjebami jak my), wstępnie obliczamy straty (po blisko dwie i pół bańki na głowę) i amen. Z niekłamaną ulgą rozstajemy się by rozpocząć kilkudniowe nadrabianie strat kalorycznych, wyspać się we własnych łóżkach, a nade wszystko odpocząć od siebie nawzajem. Wolf

P. S. Podsumowując podkreślić chciałbym, że mimo finansowej klęski, wszystkich stresów, tradycyjnych już kłótni zgodnie uważamy, że było warto, a poza tym jak mawia znane porzekadło „nauczki są zawsze na kacu”.


Strona Główna / Niusy / Biografia / Dyskografia / Koncerty / Zdjęcia / Wywiady / Recenzje / Teksty+MP3 / Kontakt / Linki