26.01.2002 - BIAŁYSTOK, 27.01.2002 - GRODNO :
Poniższy tekst to napisana w lutym 2002 kolumna, która ukazała się w Mać Pariadce nr 1/2002.
26 stycznia graliśmy z Filth Of Mankind na białostockim słocie De Centrum. Miejsce to (w którym nikt z nas do tej pory nie był) okazało sie zajebiste, koncert był częścią większej imprezy feministycznej, na którą składały się wykłady, warsztaty, dyskusje, zatytułowana "Donna Et Mobile" wystawa obrazów (jak na prawdziwy wernisaż przystało obecny był nawet szampan - co prawda w plastikowych kubkach!), projekcja "Dziewczyn Do Wzięcia", koncert (April, Silikon Fest i my), a na deser jeszcze potańcówka (która niestety w miarę wcześnie - koło czwartej obumarła). Atrakcji zatem co niemiara, pod względem frekwencji pobity ponoć został dotychczasowy (skłot istnieje 15 miesięcy) rekord, w dodatku nie byłem świadkiem żadnych spięć, zatem imprezę (mimo mankamentów takich jak niemożebnie chujowa perkusja - z takim gratem nie mieliśmy jeszcze do czynienia przez sześć i pół roku istnienia kapeli; problemy organizatorów z zebraniem ekipy do kasowania za wstęp - co oczywiście zaowocowało niekompletnym wywiązaniem się z wcześniejszych ustaleń; nazbyt brutalna zabawa części publiki i chroniczny niedostatek biroli w barze - załoga jechała samochodem do nocnego - co zabierało jej nie wiedzieć czemu grubo ponad godzinę - i przywoziła dwie skrzynki, które rozchodziły się rzecz jasna raz-dwa i znów pojawiał się problem kto pojedzie do sklepu - czy tak trudno jest kupić od razu dziesięć lub dwadzieścia krat? poza tym gdyby było więcej piwa, organizatorzy mieliby też automatycznie więcej kasy i nie musieliby targować się z kapelami) śmiało zaliczam do nader udanych i wszystkim, zarówno zespołom jak i publiczności polecam wizyty w De Centrum.
Nie o tym jednak ma być ta kolumna. Równo tydzień przed wspomnianą imprezką, w sobotę wieczorem zadzwoniła do mnie dziewczyna z Białorusi pytając czy przy okazji koncertu w Białymstoku nie bylibyśmy skłonni zagrać dzień później w pobliskim Grodnie. Przez następne dwa dni robiliśmy co się dało (głównie Michał musiał załatwić, że następnego dnia pójdzie do pracy na 16, zamiast normalnie na 8 rano) i z ogromną radością mogliśmy nasz przyjazd potwierdzić. Do tej pory nikt z nas na Białorusi nie był, a dyktaturę Łukaszenki znaliśmy głównie z mediów, którym nie poświęcamy zbyt wiele czasu, uwagi, ani zaufania., zatem jedyne co wiedzieliśmy, to że można się spodziewać długich kolejek na granicy. Znałem jednak kapelę Contra La Contra (ex-Hate To State, jak się okazało organizatorka koncertu, Sasza, to właśnie wokalistka C.L.C.), który to zespół był w stanie załatwić sobie trasę po Niemczech w ramach jakiejś wymiany studenckiej, naiwnie sądziłem więc, że sytuacja w ich kraju jest w miarę cywilizowana, raczej w miarę zbliżona do Polski (choć oczywiście spodziewałem się, że sprawy ekonomiczne wyglądają tam dużo gorzej). Fakt, że właśnie w wywiadzie z C.L.C. czytałem o wyłączeniu prądu na koncercie, ale uznałem to za odosobniony przypadek (przecież i u nas różne miody z policją się zdarzają - choćby ostatnia sprawa owsikowiska), o którym szybko zresztą zapomniałem (pamiętam o nim teraz, bo po pierwsze w Grodnie usłyszałem tą historię ponownie, a po drugie - po powrocie odświeżyłem sobie ten wywiad). Jedyne więc nasze obawy dotyczyły co najwyżej możliwości kradzieży samochodu.
W Białymstoku spotkaliśmy Saszę i znanego mi już wcześniej Żenię (też C.L.C.) oraz dziesięcioro innych Białorusinów. Żenia zapewniał, że na koncercie będzie ze trzysta osób, a dwudziestoosobowa ekipa przyjedzie specjalnie na nas z Mińska. Zatem rano pełni entuzjazmu i ciekawości, nie zważając na zmęczenie po nocnych hulankach, dzielnie wstaliśmy, łyknęliśmy kawę, znieśliśmy graty do auta (Kurwa, czy to musi być tak wysoko? zróbcie jakąś DIY windę! :-)), skorzystaliśmy z łazienki na sąsiadującym ze skłotem basenie i przed godziną jedenastą ruszyliśmy w drogę.
Ponieważ dostaliśmy cynkola, że najbardziej pasujące nam przejście w Kuźnicy B-stockiej jest nieczynne, musieliśmy kierować się na Bobrowniki, co wydłużało nam trasę o jakieś 50-60 km. Droga ta jest iście międzynarodowa, w połowie brukowana tzw. "kocimi łbami". Po drodze shaltował nas gliniarz, skończyło się jednak bezboleśnie (choć przez chwilę groził ośmioma punktami i trzystuzetowym mandatem). Widać i psy czasem po ludzku szczekają. Dotarliśmy do granicy i stanęliśmy grzecznie w kolejce. Czasu mieliśmy mnóstwo, a po długości ogonka oceniliśmy, że nie powinno to trwać dłużej niż godzinę (to już i tak z dużym marginesem). Cóż, okazało się jednak, że granica wschodnia wygląda inaczej niż te znane nam dotąd. Najpierw stoi się przed szlabanem, przez które polski pogranicznik (w pięknej czapie ze związanymi nad głową nausznikami, stąd został przez nas nazwany "czapeczką") przepuszcza z pięć aut, po czym ponownie opuszcza szlaban na jakiś kwadrans. Tak więc min. godzina zeszła nam tylko na ten etap. Oczywiście w międzyczasie byliśmy świadkami jak jakiś klecha podjechał lewym pasem, zarezerwowanym dla VIP-ów i bezproblemowo przejechał poza kolejnością.
Przejeżdżając wreszcie do staliśmy od "czapeczki" karteczkę, na której napisał numer i markę samochodu oraz ilość i narodowość pasażerów. Nigdy nie mieliśmy jeszcze z czymś takim do czynienia, ale postanowiliśmy się jeszcze nie dziwić. Okazało się, że dopiero za szlabanem podjeżdża się do właściwego przejścia - tam kolejna, znacznie krótsza kolejka i kontrola paszportów - na chuj wie ile przejechanych granic pierwszy raz widziałem, żeby trzeba było wysiadać z auta, coby pokazać swój ryj z całkiem bliska. Wówczas panowie zainteresowali się naszym samochodem i postanowili sprawdzić czy nie wieziemy kradzionego wozu aby sprzedać go na Białorusi. Zabrali więc paszporty i dokumenty samochodu, a nam kazali czekać z boku. Po chujowo długim czasie przyszli sprawdzić jeszcze numery nadwozia i znowu zniknęli. Potem wreszcie pozwolili nam iść po vouchery (które są niezbędne aby wjechać na Białoruś). I znowu jaja - na przejściu gdzie jest bank, kantor, a nawet bar, voucherów się nie dostanie i trzeba z buta cofać się kilometr przed przejście. Po powrocie podjeżdżamy jeszcze do polskich celników i prosimy dziada z wąsem o podstemplowanie nam listy wywożonego sprzętu (to po to by przy powrocie nikt nie chciał nam oclić go jako rzekomo kupionego za granicą). Oczywiście c(w)elnik z wąsem odpiera : stańcie sobie tu obok i poczekajcie, przyjdzie do was chłopaczek i rzuci okiem. Staliśmy tak i staliśmy, a żadnego "chłopaczka" ni widu. W końcu, po dwudziestu minutach przyszedł ten sam wąchol i powiedział, że do tego celu powinniśmy wypełnić jakiś specjalny formularz. My na to, że już wielokrotnie coś takiego wieźliśmy na Zachód i nie było problemu. Z kolei on, że granica wschodnia to zupełnie co innego (rzeczywiście, zaczęliśmy już to zauważać) i że musi zadzwonić do szefa. Po dalszym kwadransie przyszedł jakiś młodszy celnik (zapewne ów "chłopaczek") i oznajmił, że faktycznie do takich celów służy jakiś specjalny druk, ale że jednocześnie rzeczy takie jak instrumenty muzyczne śmiało możemy przewozić bez cła. Żeby to usłyszeć musieliśmy stać przeszło pół godziny!
Chuj, jedziemy dalej, przed nami kolejny szlaban i dyżurujący przy nim "czapeczka". Zbiera owe małe kartki , podnosi szlaban i wreszcie żegnamy się z polską częścią granicy. Strona białoruska zaczyna się podobnie - "czapeczka" wręcza nam kartki (tyle, że większe), podnosi szlaban i podjeżdżamy do kontroli paszportów. Znowu pokazujemy swe mordy i okazuje się, że musimy wykupić jakieś ubezpieczenie na samochód za osiem dolarów, bo oczywiście ważna niemal wszędzie Zielona Karta, tam nie obowiązuje. Panienka z okienka jednym palcem wypisuje dokument na komputerze, płacimy i przejeżdżamy obok celników, którzy najwyraźniej nas ignorują. Dojeżdżamy do szlabanu, "czapeczka" odbiera od nas kartkę i informuje, że oprócz pieczątki kontroli paszportowej musimy mieć jeszcze stempel celników - to dlatego gnoje nie zwracali na nas uwagi, bo wiedzieli, że i tak do nich wrócimy. Klnąc i śmiejąc się na przemian, zawracamy. Stajemy i Tomek podchodzi do celnika wyciągając kartkę i prosząc o pieczątkę. Ten w odpowiedzi daje mu jakąś, pełną pytań wszelakich deklarację i każe wypełnić w dwóch egzemplarzach. Wszystko fajnie, tylko że pytania są po rusku, a obok rzeczy prostych (imię, nazwisko, obywatelstwo itp.) jest tam od cholery kwestii niezrozumiałych. Nie mamy żadnych szans sami z tym sobie poradzić. Na prośbę o pomoc cwelnik oczywiście chamsko odpowiada, że mamy to wypełnić albo zawracać do Polski. Tymczasem koncert zaczyna się za ok. pół godziny, a przed nami jeszcze 65 kilometrów. Pojawia się zwątpienie czy nie dać sobie siana. Na szczęście jednak namówiliśmy do współpracy jakiegoś faceta w futrzanej czapie i wypełniliśmy to jak nam kazał, w większości nawet nie wiedząc co takiego zaznaczamy. Oddajemy to celnikom, ci oglądają jeszcze nasze graty i pytają co gramy, my - że heavy metal, oni - czy mamy jakąś promocję. Nie kumamy o co chodzi, więc wyjaśniają - plakaty, a najlepiej wejściówki na koncert. Rozwiewamy ich nadzieje i otrzymując upragniony stempel, po blisko pięciu godzinach opuszczamy to pierdolone, biurokratyczne piekło, a raczej niebo, bo w piekle jest ciepło, podczas gdy tam piździło jak na - chyba już nie tak odległym - Uralu.
Droga mija w miarę gładko, po samym Grodnie trochę błądzimy, ale niezbyt długo i w końcu trafiamy na miejsce. Koncert odbywa się w dużej dyskotece w parku w centrum miasta (całkiem nieopodal pięknie podświetlonego pomnika Lenina). Ludzi pod klubem tłum, przy czym wygląda to jak u nas 10 - 15 lat temu - poza punkami przyszła masa zwykłej młodzieży, jacyś licealiści, a nawet wycyckane disco-lale. Po prostu coś dzieje się w mieście i nie trzeba być punkiem, żeby pójść z ciekawości. Załoga zostaje w wozie, a ja ze Spiekłym udajemy się na rekonesans. Przeciskamy się przez zatłoczone wejście naprzeciw wielu wychodzącym na zewnątrz. W środku zaskakuje nas całkowita ciemność, rozświetlana jedynie płomykami zapalniczek. Szczęśliwie dość łatwo odnajdujemy cztery osoby przybyłe z Trójmiasta, które dotarły (bez żadnych problemów) pociągiem. Okazuje się, że w trakcie występu drugiej z miejscowych kapel (oprócz nas miały grać białoruskie Basta Basta i Wytri Anus! oraz polskie Oreiro) wyłączono prąd. Saszka mówi, że dzwoniła do elektrowni, żeby spytać co to za awaria. W odpowiedzi usłyszała, że takie polecenie otrzymano od "wiadomo kogo". Zajebiście. Widać są jeszcze i to całkiem blisko kraje, gdzie punk rock jest zagrożeniem dla społeczeństwa. "Witajcie w Białorusi" mówi Saszka. Czekamy chwilę na dalszy rozwój wypadków, ale szybko przekonujemy się, że to nie sen i wszystko naprawdę szlag trafił. Szkoda tym większa, że sam klub wygląda bardzo fajnie (chciałbym, żeby polskie dyskoteki miały taki wystrój), sprzęt jest super (byłaby to świetna odmiana po Białymstoku), a tylu ludzi to w Polsce już dawno na koncercie nie widziałem (w dodatku, zapewne z powodu niedosytu, zachowują się ponoć bardzo entuzjastycznie). Co za kurestwo... Żenia opowiada, że gdy robili nielegalne koncerty w garażach, jednego razu odcięto prąd w całej dzielnicy. Innym razem gliny zwinęły ludzi wracających z koncertu, a następnie próbowały robić im problemy na uczelni. Żeni, który ów koncert organizował, nie zrobiono nic, przynajmniej tak sądził, dopóki się nie dowiedział, że jego matkę o mało co wyjebaliby z pracy! Koncerty punkowe to dla tutejszych władz "polityczne mityngi", a opozycja traktowana jest tu chyba nie lepiej niż w czasach Związku Radzieckiego.
Niemiłosiernie zjebani udajemy się jeszcze tylko do Saszy coś zjeść i po godzinie znowu jesteśmy na drodze. Humory rzecz jasna wisielcze, ale zawsze trochę lepsze niż przed jedzeniem. Od czasu do czasu mijamy jakiś jadący z przeciwka samochód (m.in. jeden tir, który zamiast świateł miał u góry zawieszony sznur z trzema lampkami, wyglądającymi niewiele solidniej od choinkowych, a drugi całkiem bez świateł, gdzie gościu siedzący obok kierowcy oświetlał drogę latarką!), z kolei w naszą stronę nie jechało nic. Nie dziwiło mnie to o tyle, że wśród mnóstwa samochodów stojących w kolejce do granicy widzieliśmy raptem dwa polskie, a wszystkie inne białoruskie; sądziłem więc, że Białorusini wracają już z niedzielnych wycieczek handlowych do domu, a do Polski nikt już o tej porze jechać nie będzie. Tymczasem przed północą (tj. 23 naszego czasu) docieramy do granicy i szok! Kolejka samochodów zaczyna się już parę kilometrów przed przejściem i to co przeżyliśmy jadąc w tamtą stronę wydaje się być niezłym luksusem, teraz jest zdecydowanie bardziej przejebane. Nie bardzo jeszcze kumając o co chodzi podjeżdżamy wolnym lewym pasem do jakichś świateł (pali się oczywiście czerwone, przed którym wszyscy stoją), licząc, że jakoś jednak wjedziemy. Niestety szybko okazuje się, że jednak musimy wrócić na koniec i czekać aż podjedzie jakiś czerwony samochód i dostaniemy numerek uprawniający do przejechania przez światła. W całej tej kolejce widzimy znowu tylko dwa auta z Polski, w tym jedno na gdańskich numerach - Tomas z Balonem podeszli do kierowcy, który powiedział im, że ta kolejka i tak jest stosunkowo krótka. Nic zatem dziwnego, że Polacy w dupie mają takie wycieczki i jak już tam jadą, to raczej pociągiem. Poza tym koleś zapowiedział też, że znowu będziemy musieli za coś tam bulić, tym razem cztery dolary.
W stojącym obok kantorze wymieniam jednego dolara - dostaję 1650 białoruskich rubli. Tuż obok stoi buda z żarciem (raczej średnio wegańskie, a nawet wegetariańskie) i napojami. Piwo kosztuje bodajże 650, a obok do wyboru, do koloru wódek - widzę jedną za 470, czyli 1,15 zeta!!! Nie mam pytań! A zaraz obok stoi Smirnoff za 33.000 - czyli 70 razy droższy (i baj de łej droższy niż w Polsce). Tu się musi kręcić!
Tymczasem w kolejce (która posuwa się o jakieś cztery auta na kwadrans) oczywiście jakieś cyrki i machloje, co jakiś czas lewym pasem podjeżdża jakiś cwaniaczek w skórce, wita się z pilnującym wjazdu gliną i wjeżdża na luzie. Zresztą w ogóle cwaniaczków w skórkach kręci się tam całe mnóstwo, widać, że towarzycho zna się doskonale. Trudno mi jasno nazwać mieszankę targających nami, negatywnych uczuć. Niedostatek snu i cały dzień w aucie niewątpliwie procentowały wyczerpaniem fizycznym, gorzej jednak było z naszym stanem psychicznym. Użeranie się z biurokracją na przejściu, załamka spowodowana odwołaniem koncertu, a teraz totalna niepewność i poczucie zagrożenia. Stojąc czasem w obliczu bezkarności i wszechwładzy gliniarzy w Polsce, czułem się nieraz bezradny, ale bezsilność odczuwana tym razem była stokroć bardziej paraliżująca. Nie wiedzieliśmy jak długo to będzie jeszcze trwało, baliśmy się czy aby nie zainteresuje się nami jakaś mafia (aczkolwiek wydaje mi się, że takowa nie jest tam zbyt silna, gdyż zapewne zwalcza ją państwowa konkurencja), a przede wszystkim, że gdy już dotrzemy do przejścia, dopierdolą się do nas tamtejsi celnicy. Mając już za sobą próbki wszechmocy tamtejszych władz baliśmy się, że mogą wymyślić jakieś opłaty, cła czy też inne łapówki. W dodatku stojąc w tej kolejce trzeba nieustannie uważać by we właściwym momencie podjechać na czas do przodu, bo w przeciwnym razie może ci się przed nos wepchać z pięć samochodów. W takich momentach nietrudno nabrać, pełnego uprzedzenia, poczucia wyższości, jakie zresztą jeszcze niedawno było powszechne w stosunku do Polaków za naszą zachodnią granicą (a zresztą i dziś, choć już nie tak częste, bynajmniej nie należy do rzadkości). Teraz wielu z nas (i to często właśnie ci, którzy sami to robili) łatwo zapomina jak jeździli handlować na Zachód i wkurwia się, że nasze bazary są okupowane przez Rosjan czy Ukraińców, szmuglujących wódę czy pirackie kompakty. Jest to zjawisko z gruntu normalne w obliczu wciąż rosnącej przepaści ekonomicznej, a zresztą z punktu widzenia normalnego człowieka jak najbardziej korzystne. Na Białorusi zarabia się znacznie mniej niż u nas, a ceny wielu produktów są wyższe (jeszcze jadąc w tamtą stronę widzieliśmy ludzi niosących z Polski torby pełne owoców i warzyw, Saszka wracając z Białegostoku też nie omieszkała kupić sobie kawy, podobnie jak my przywozimy mnóstwo rzeczy wracając z Niemiec lub Czech). Inflacja ciągle rośnie, a wzrost cen jeszcze ją przegania. Saszka mówiła, że dwa-trzy lata temu wydawała na żywność ok. 13 dolarów miesięcznie, a teraz - 30.
Wróćmy jednak do naszej wycieczki. Targani zmęczeniem i wspomnianymi obawami, w pół-letargu spędziliśmy całą noc, dopiero nad ranem docierając do białoruskiego "czapeczki". Ten wręczył nam oczywiście kartkę, na której bez większych trudności (choć bynajmniej nie bez wypełniania kolejnej deklaracji, identycznej jak ta, którą wypisywaliśmy jadąc w tamtą stronę - tym razem na szczęście mieliśmy jednak jeden egzemplarz tamtej, więc wszystko identycznie przepisaliśmy) uzyskaliśmy pieczątki celnika i kontroli paszportowej (nad okienkiem znajdował się napis "boarder control" - bravissimo), choć połowa darmozjadów spała, zupełnie się z tym nie kryjąc. Z tymi stemplami, żartując, że pierwszy raz czujemy patriotyczną radość z powrotu do ojczyzny, podjeżdżamy do kolejnego "czapeczki" coby nas wypuścił, a ten pyta o jakiś "smatrawik". Nie kumając bazola pokazujemy mu kolejno wszystkie zgromadzone przez nas ubezpieczenia, vouchery i inne kwity (regularnie sprawdzane przez wszystkich innych), a gościu ze śmiechem informuje nas, że smatrawik, to jakiś gościu, od którego też musimy wziąć stempelek. Zatem znowu zawracamy, znajdujemy go, posmatriał, podstemplował i Witaj Polszo! Polski "czapeczka" z niekrytym (i bynajmniej niebezpodstawnym) śmiechem i zdziwieniem zapytał co my tu robimy, za nim już tylko dwie szybkie kontrole i wreszcie mamy to gówno za sobą. Była godzina 7.25. Rewelacja!!! (a w Gdansku bylismy ok. 15)
Myliłby się jednak kto sądzi, że żałuję tego wyjazdu. Myślę, że jest to cenne doświadczenie, które otworzyło nam oczy na wiele spraw, a przede wszystkim naocznie ukazało jaki reżim wyrósł nam pod bokiem. Jestem pełen podziwu dla tamtejszych punków i mam nadzieję, że nie zabraknie im serca i odwagi by kontynuować walkę z tym pierdolonym systemem. Dzięki ogromne dla Saszki, Żeni i całej załogi zaangażowanej w organizację tego koncertu. Naprawdę doceniamy pracę, którą w to włożyliście i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze na pohybel waszym jebanym (jak wszystkie) władzom, uda nam się u was zagrać (choć raczej wybierzemy się wówczas pociągiem!).
Wolf
PS. Blisko tydzień po koncercie dostałem od Saszy maila, w którym opisała, co działo się w Grodnie w ciągu następnych dwóch dni. Otóż wspólnie z klubem (w którym prąd pojawił się ok. godz. 2.30 w nocy) postanowili zrobić dwa dni później, we wtorek 29 stycznia, darmowy koncert lokalnych zespołów, który miałby być formą rekompensaty dla ludzi, którzy zapłacili za bilety, a niemal nic nie obejrzeli. Niestety jeszcze w poniedziałek gliniarze zrobili nalot na garaż, w którym ma próby większość tamtejszych kapel punkowych. Pretekstem było włamanie jakie miało miejsce w jednym z sąsiednich garaży dwa tygodnie wcześniej. Garaż zrewidowano. Zatrzymano też gitarzystę zespołu Antiglobalizator, Patlatego. Po trzech godzinach wypuszczono go stawiając mu zarzut bycia pijanym i stawiania oporu milicjantom. Zarzut jest o tyle kuriozalny, że Patlaty jest straight edge.
Wtorkowy koncert jednakże się odbył i był całkiem udany. Niestety po koncercie dwóch tajniaków (obecnych w czasie koncertu w barze, w którym zresztą łoili birole), brutalnie zgarnęło wokalistę Antiglobalizatora, Borisa (także straight edge) i szesnastoletnią Oksanę. Miało to miejsce na przystanku, z którego ci mieli jechać do domu. Oboje zostali pobici, podobnie jak i ich kolega, Misza Nerusz, który zaszedł na komisariat zapytać za co zostali aresztowani. Miszę zamknęli na dobę za "przeklinanie i chuligańskie zachowanie w centrum miasta". Oksanę jako nieletnią odebrali rodzice, chłopaki spędzili noc w komisariacie, gdzie pijani gliniarze bili Borisa i torturowali go tzw. słonikiem (założyli mu maskę przeciwgazową i ściskali wąż tak by nie mógł oddychać), uporczywie wymuszając przyznanie się do tej kradzieży w garażu. Obu chłopakom postawiono ten sam zarzut - Bycie pijanym i chamskie zachowanie się w centrum miasta. W środę 30.01Borys wyszedł po rozprawie i wraz z Oksaną zrobili obdukcję by założyć sprawę. Miszę wypuszczono dopiero o godz. 22, gdyż po takim fałszywym zarzucie odmówił uiszczenia grzywny. Już następnego dnia dzielnicowy próbował nakłonić Borisa by zrezygnował ze sprawy przeciwko milicji. 1.02 sprawa trafiła do prokuratury. O jej rozwoju postaram się poinformować was w następnym numerze. Jak pisze Sasza, jedno co w tym wszystkim dobre to, że klub trzyma stronę punków, dzięki czemu będą oni mogli w dalszym ciągu robić imprezy. Oby już bez tego typu dodatkowych atrakcji.
|