Ćwiczyli w rzeźni, grali w gmachu zaskłotowanego kościoła i na korytarzu szkoły podstawowej. Podczas ich koncertu w szedzkim domu lultury, sąsiednia sala gościła Bal Seniora. Nie mają nic przeciwko gigowi na mównicy poselskiej, a od Green Day wolą anarcho-punkowe chóry żeńskie - Arkady
1.Zanim działalność rozpoczął Filth Of Mankind, na scenie muzycznej Trójmiasta zaistniał Abnormal Citizens. Czy nienormalni obywatele tworzyli muzykę adekwatną do nazwy, równie anormalną...?
Balon: A.C. to już stara historia, bo zespół działał w latach 92 - 95, a co do muzyki to chyba nie była ona aż taka nienormalna, bo był to raczej prosty hc/punk. Nazwa tego zespołu była bardziej adekwatna do przekazu, a ten traktował o tym, że było nam nie po drodze z wartościami i lansowanym modelem życia, którym zafascynowana była większość ówczesnej młodzieży, zachłyśnięta pozorną wolnością. Kariera, pieniądze, wszystkie te materialne błyskotki - to szczyt wolności według większości znanych mi wtedy rówieśników.
2.Czy FOM przejął coś z idei rządzących tamtym zespołem?
B: Naprawdę jedyny wspólny punkt to to, że obydwa zespoły to kapele anarcho - punkowe.
3.Zespół nazywa się Brudy Ludzkości więc powiedzcie mi co uważacie za największy absurd, największą bzdurę wokół?
B: Na to pytanie nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Ludzki gatunek, a przede wszystkim tworzona przez niego „cywilizacja zagłady” jest tak absurdalna, że zadufana w sobie ludzkość nie jest w stanie tego zauważyć. Balansujemy na krawędzi, doprowadziliśmy się do takiego stanu degeneracji, arogancji i głupoty, uwierzyliśmy w postęp do tego stopnia, że sądzimy,że może być on lekiem na wszystko. Tymczasem to właśnie tzw. postęp jest największym zagrożeniem, im wyżej staniemy na drabinie „rozwoju”, tym boleśniejszy będzie nasz upadek...
Wolf: Dla mnie jednym z większych absurdów jest obowiązujące powszechnie, a nie poparte żadną logiczną przesłanką, przeświadczenie człowieka, że to on właśnie jest ostatecznym celem ewolucji życia na Ziemi, predestynowanym do bycia jej panem i władcą, a nie wdzięcznym synem, posłusznym jej prawom i świadomym, że nie jest zdolny jej przeżyć.
4.Dlaczego Brudy Ludzkości, a nie np. Kwiat Ludzkiej Wspaniałości?
B: Chyba raczej Zgniły Kwiat... a tak na serio to nazwa jest adekwatna do tego co niesie ze sobą przekaz FOM, raczej pesymistyczny, ale uważamy, że jest to na tyle ważne i realne, że warto o tym mówić.
W: Zarówno nazwa jak i przekaz są takie, bo żyjemy w piekle, a nie w raju. Ponadto tak się złożyło, że to co daje nam szczęście łykamy nie czując potrzeby odreagowania, a raczej przeciwnie - czując niedosyt. Z kolei to co nas gryzie, boli na tyle, że szukamy sposobu by sobie ulżyć.
5.Lubicie gdy określa się Was jako kapelę crustową? Sami mówicie o sobie jako o punkowcach. Przyznam jednak, że image, design okładek oraz muzyka ciążą zdecydowanie ku metalowi. Jak odnosicie się do wszelakich prób definiowania i systematyzowania muzyki Filth Of Mankind? Pojawiały się określenia, które Was szczególnie zdziwiły?
W: Oryginalna etymologia słowa crust, sięgająca Anglii połowy lat osiemdziesiątych, wskazuje na cięższe, metalizujące kapele takie jak Amebix, Deviated Instinct, Hellbastard (który zresztą od drugiej płyty zaczął grać czysty metal) czy Axegrinder i w tym ujęciu etykietka ta pasowałaby do nas dość dobrze. Tyle, że obecnie określenie to kojarzone jest najczęściej z prostszą i szybszą od naszej muzyką, okraszoną niezrozumiałym growlingiem, graną przez kapele pokroju Extreme Noise Terror, Disrupt czy chociażby spokrewniony z nami personalnie, a nieistniejący obecnie Money Drug. Nie byłoby to więc raczej najszczęśliwsze porównanie dla nas. Jest jeszcze inna grupa osób, określająca tym mianem wszelkie szybsze czy cięższe odmiany muzyki hardcore punk, do jednego wora wrzucająca np. wspomniany Disrupt z melodyjnym Disaffectem, mrocznym Amebixem, ultra szybkim Capitalist Casualties czy klasycznie anarcho punkowym Aus Rotten. W tym wypadku oczywiście i my się do tej kategorii kwalifikujemy, tyle że staje się ona kolejnym pustym słowem nie mówiącym w zasadzie nic o muzyce danego zespołu. Zresztą tego rodzaju symplifikacją szafują z reguły ludzie słuchający innych odmian punk rocka czy hardcore’a dla określenia muzyki, na której się nieszczególnie wyznają (co bynajmniej nie jest żadnym zarzutem, ja też nie jestem w stanie rozróżnić pewnych gatunków muzyki np. goa od trance - dla mnie jedno i drugie to po prostu techno).
A co do dalszej części pytania - punkiem się jest (albo też nie jest) bez względu na rodzaj granej muzyki, czynnikiem decydującym jest twoja postawa, przekaz, sposób działania i scena, w obrębie której funkcjonujesz i z którą się identyfikujesz. Widziałem już punkowe kapele grające czystej wody death metal, industrial, akustyczne ballady, przeróbki hitów dyskotekowych, a nawet anarcho-punkowy chór żeński. Z drugiej strony nikt mi nie wmówi, że grający punk rocka i wystrojeni w punkowe akcesoria kolesie z Green Day lub Offspring mają obecnie coś wspólnego ze sceną punk.
Rzeczywiście, każdy z nas słucha trochę metalu (ja najchętniej Hellhammer i wczesny Celtic Frost, Venom oraz Bolt Thrower, Behemoth - głównie płyta „Grom”, Acheron, także Motorhead, Halloween, Manowar czy Iron Maiden), jednak jest to kropla w morzu słuchanej przez nas muzyki. W tym co sami gramy wpływy metalu są niezaprzeczalne, ale jest to głównie inspiracja pośrednia - ogrom tego co słuchamy to właśnie metalem inspirowane kapele hc punk. Zresztą tak naprawdę to historia wzajemnych obustronnych influencji tych dwóch gatunków sięga chyba wczesnych lat osiemdziesiątych. Przyznam, że kiedy pierwszy raz usłyszałem np. Hellhammer, byłem zdziwiony wielkim podobieństwem tej muzyki do wielu, lubianych przeze mnie od lat, kapel punkowych.
Cóż, sam pisując recenzje do Mać Pariadki muszę jakoś przybliżyć czytelnikowi twórczość opisywanych grup, toteż próby definiowania muzyki poprzez jakieś mniej lub bardziej czytelne hasła doskonale rozumiem. Są jednak kapele, do których owe etykietki dopasować jest trudno i wtedy za właściwe uważam zaznaczenie tego, aby nie wprowadzić czytelnika w błąd użyciem jakiegoś konkretnego określenia. Myślę, że FOM należy właśnie do takich grup, których muzyki nie da się jednoznacznie zaszufladkować, o czym świadczyć może różnorodność recenzji, opinii i stylów nam przypisywanych. Niektóre z owych określeń rzeczywiście przywołują lekki uśmieszek na nasze twarze (vide: „death metalowi crustiezzz z Trójmiasta” czy „doom metalowy tętent”), a stwierdzenie, iż nasza muzyka „na kilometr śmierdzi Bolt Thrower i Deviated Instinct” powaliło nas na plecy - kiedy ja nie bardzo znam się na muzyce granej przez formację, którą właśnie recenzuję, przynajmniej unikam takich kategorycznych stwierdzeń, zdając sobie sprawę, iż mogę się ośmieszyć.
B: Prawda jest taka, że w tej chwili mało mnie obchodzi jaką etykietkę ludzie nam przylepią, to ich problem. Faktem jest, że muzyka brzmi metalowo, ale nie oznacza to, że jest to „pure szatan”, to po prostu metalowy punk i tyle. Nie ma sensu tego drążyć. Niezależnie od tego jak będzie brzmiała nasza muzyka to mentalnie zawsze będziemy stać twardo na scenie hc/punk i to chyba powinno być najważniejsze. Muzyka jest tylko formą ekspresji i niczym więcej. „Punk, crust, metal, hardcore - nazwij to jak chcesz, lecz nie szukaj fałszywego pocieszenia”.
6.Jesteście kapelą, która ponad połowę swoich dotychczasowych koncertów grała za granicą. Teraz też szykujecie trasę, która obejmie m.in. Niemcy i kraje skandynawskie. Czyżby FOM bardziej popularny był na Zachodzie niźli we własnym kraju? Dziwne jest to zwłaszcza z uwagi na fakt, że śpiewacie po polsku.
B: Przede wszystkim nie sądzę by FOM był jakoś specjalnie popularny, a to, że sporą część koncertów graliśmy na Zachodzie jest wynikiem tego, że o wiele łatwiej jest tam załatwić koncert dla nieznanego zespołu, niezależnie od tego czy śpiewa po polsku czy po angielsku, szczególnie w przypadku gdy organizator koncertu zna osobiście członka zespołu, ale o tym coś więcej może powiedzieć Wolf, bo jest on osobą, która się tymi sprawami zajmuje.
W: Cóż, do tej pory FOM był i tu i na Zachodzie raczej równie nieznany, co było konsekwencją braku nagrań / wydawnictw. Powoli jednak się to zmienia za sprawą wydania przez nas jakiś czas temu debiutanckiego singla, na który pojawiają się zdecydowanie pozytywne reakcje. Myślę, że na dobre sytuacja się zmieni po ukazaniu się winylowej i kompaktowej wersji „The Final Chapter”. W każdym razie rzeczywiście przy odrobinie kontaktów i dużym nakładzie energii (listy, telefony, obecnie sprawę znacznie ułatwia e-mail) można załatwić zagraniczną trasę choćby zupełnie nieznanej kapeli. Inna rzecz, że w takim wypadku często nie brak niedociągnięć, które owocują finansowymi wtopami, niemniej jednak co zwiedziliśmy to nasze, a poza tym każdy taki wyjazd to nowe, cenne doświadczenia, jak i kontakty procentujące w przyszłości. Jeśli zaś chodzi o naszą trasę czerwcową, to zagramy ją wraz z lubelskim Antichrist (cheers friends!), który jest zespołem nieco bardziej znanym, więc może dzięki temu załatwianie wszystkiego idzie nieco łatwiej. Natomiast co do języka, w którym śpiewamy - teksty są dla nas na tyle istotne, że chcemy pisać je w języku, którym władamy najlepiej. Śmiem przy tym wątpić aby miało to jakikolwiek wpływ na stopień naszej popularności - może dzieje się tak w przypadku sceny metalowej, ale jeśli chodzi o światek punkowy, tak się akurat składa, że najbardziej lubiane w Europie, Japonii, Stanach czy gdziekolwiek indziej polskie kapele - Homomilitia, Post Regiment, Sanctus Iuda itp. śpiewają po polsku. Zresztą ja sam też wolę kiedy zespoły z Finlandii, Szwecji, Brazylii czy Włoch śpiewają w swoich ojczystych językach (co bynajmniej nie znaczy, że nie lubię anglojęzycznych kapel z tych krajów). Jeszcze innym aspektem tej sprawy jest to, że czasem gdy słyszę akcent polskich wokalistów śpiewających po angielsku to ze śmiechu zalewam sobie koszulkę łzami (a znam i takich co nie potrafią tekstu nawet napisać poprawnie!).
7.Mówicie o nietolerancji, ksenofobii, bigoterii, prostactwie, seksizmie... Skąd biorą się takie absurdalne sytuacje w ludziach? Sądzicie, że poprzez swoje piosenki będziecie w stanie coś zmienić?
W: Z wychowania, tradycji, religii, z nędzy naszej egzystencji, która nieraz każe szukać pocieszenia w znalezieniu kogoś innego, gorszego, słabszego, na kim można się wyładować i dowartościować... Istotną przyczyną jest też żądza władzy, a wynajdowanie kozłów ofiarnych to jej odwieczne narzędzie (dziel i rządź)...
Nasze teksty to jedynie sposób komunikacji, dzielenia się swoimi wrażeniami, na pewno nie zmienią one piętnowanych w nich zjawisk. Z drugiej strony mogą one jednak przekonać kogoś, że nie jest osamotniony w swoim zdegustowaniu otaczającym nas syfem.
B: Źródeł głupoty można szukać bardzo długo, a i tak nigdy jednoznacznie nie odpowiesz na to pytanie. Takie postawy jak ksenofobia dla niektórych są metodą na uleczenie własnej frustracji i lęku, przecież prościej znależć kozła ofiarnego, nienawidzieć „obcych”, niż przyznać się do własnej słabości, bezradności czy debilizmu. Łatwiej obwiniać innych niż siebie samego. Seksizm i homofobia? Szczerze mówiąc nie dziwi mnie to (choć mocno wkurwia), że istnieją one w tym parszywym społeczeństwie wytresowanym przez Kościół, który od setek lat kształtował tą patriarchalną kulturę. Prostactwo? Cóż, spójrz na pierwszego napotkanego steryda z sąsiedztwa albo na stado gitów pod sklepem nocnym i zastanów się jakimi wartościami oni żyją i jak dążą do ich realizacji. Oczywiście uogólniłem tu dość mocno, więc dla przeciwwagi dodam, że i wśród ludzi dobrze wykształconych i tych z wysoką pozycją społeczną znam takich, którzy swym prostactwem odstawiają niejednego menela na kilometr. Wpływ na takie postawy mają po prostu wartości niesione przez rodzinę, otoczenie, kulturę. W tym kraju nawet zwykłe ludzkie odruchy, takie jak uprzejmość czy życzliwość często budzą ...zdziwienie.
Być może naszymi kawałkami choć w minimalnym stopniu uczulimy ludzi na pewne sprawy, sprowokujemy do myślenia i refleksji, ale nie jest naszym celem podawanie gotowych recept na uzdrowienie świata. „Tekstem nie wyleczy się choroby”.
8.Przez jakiś czas graliście oraz próbowaliście w budynku starych Zakładów Mięsnych w Gdańsku, które to miejsce stało się nawet małym centrum kultury niezależnej.
W: To prawda. Rzeźnia - bo tak z oczywistej przyczyny ochrzciliśmy to miejsce - została początkowo (kwiecień - maj ’98) zaskłotowana przez - niegrającego jeszcze wówczas z nami - Michała i jego znajomego z dzielnicy, po prostu jako miejsce na próby. Było to dolne piętro (w zasadzie piwnica) jedynego, w jako takim stanie znajdującego się budynku na terenie zakładu. Pierwsze piętro (niegdyś zapewne siedziba dyrekcji i administracji) zajmują jakieś hurtownie, a dół, w przeszłości pełniący funkcje socjalno - kulturalne (duża sala z małą sceną, mniejsza sala z kominkiem i parę małych, pojedynczych pomieszczeń) stał do tamtej pory pusty. Chłopaki pogrywali sobie zatem niezobowiązujące dżemiki, jednocześnie Michał czując potencjał tego miejsca skontaktował się z parunastoma innymi osobami, dzięki czemu zawiązała się grupa osób chcących razem coś tam robić. Po jakimś czasie wspólnie rozpoczęliśmy remont. W czerwcu, zupełnie znienacka odbył się tam pierwszy mini koncert, zorganizowany naprędce w ciągu dnia czy dwóch, bo akurat przez Gdańsk wracał do domu z trasy po Polsce szwedzki zespół Greed, obok którego wystąpił Money Drug oraz ówczesny band Michała - Belfast. W tym samym czasie odszedł od nas basista, którego niemal natychmiast zastąpił Michał, a że od jakiegoś czasu szukaliśmy miejsca na próby, toteż wprowadziliśmy się do Rzeźni. Dogadaliśmy się też z syndykiem zarządzającym budynkiem, dzięki czemu mogliśmy działać tam legalnie, płacąc jedynie za prąd. Postanowiliśmy też zarejestrować stowarzyszenie o nazwie Autonomiczny Kolektyw Twórczy. Wakacje to - poza próbami - okres intensywnego remontu - malowanie, naprawa hydrauliki w kiblu, w sali kominkowej urządziliśmy bar, itd. Pod koniec września odbyła się pierwsza duża impreza - koncert Oi Polloi. Niestety tłum ludzi ściągnął także policję, która dojebała się, że koncert jest nielegalny. Spisali jedną osobę jako organizatora, grożąc kolegium. Groźba ta sprawiła, że z kolejnymi koncertami postanowiliśmy wstrzymać się do czasu zarejestrowania stowarzyszenia (co niestety zawsze trwa parę miesięcy), póki co robiąc nieco cichsze imprezki taneczne czy też np. wystawę fotografii. Wychodziły one zazwyczaj udanie, ale zaczął nasilać się ferment siany przez kolesia, który znalazł to miejsce z Michałem. Otóż gościu ów, mimo że ex-punk (a może metalowiec) był zwykłym dresiarzem, który - oprócz grania na perkusji - zajmował się głównie braniem sterydów i pakowaniem, a że dzielnica była dość kiepska, mocno żulerska, to i sobie podobnych kolegów miał od cholery. Chłopaki zrobiły więc sobie w Rzeźni siłownię, poza tym robili sobie imprezki,a gdy byli sami, nadmiar sterydów często sprawiał, że to lub owo sobie demolowali (przykładowo rzeczony kolega potrafił raz kompletnie rozpierdolić SWOJĄ WŁASNĄ perkusję). W nas wszystkich oczywiście rosła frustracja, z kolei koleś czuł (no i w końcu nie bezpodstawnie), że ma większe prawa do tego miejsca niż my, z kolei nam brakowało determinacji by ich wszystkich przegonić (co oznaczałoby otwartą wojnę, a że był to element typowo gangsterski byłoby pewnie nieciekawie). Przy tym w bezpośrednich kontaktach goście bywali raczej mili, często przepraszali, itp. W tym momencie coraz mniej było osób chętnych do robienia czegokolwiek (bo i komu chciałoby się pracować ze świadomością, że w każdej chwili owoce jego pracy mogą zostać zniweczone). Czara goryczy przebrała się w Nowy Rok, kiedy to po hucznym (na jakieś 150 osób) Sylwestrze, ok. godz.9 rano, gdy już mieliśmy zamykać, chłopakom zachciało się rozpierdalania krzeseł. Następnego dnia zgodnie uznaliśmy, że szkoda czasu i energii, które można poświęcić na sprawiające większą satysfakcję zajęcia. Jak na ironię krótko potem otrzymaliśmy dokumenty rejestracyjne AKT (które to stowarzyszenie w dalszym ciągu - choć tylko na papierze - istnieje na wypadek gdyby miało nam to być potrzebne w przyszłości).
B: To miejsce, w pewnym momencie, miało szansę naprawdę się rozwinąć i mogło z tego wyjść naprawdę coś niezłego, ale jak się okazało wrogów nie trzeba szukać daleko, debile są wszędzie...
9.Piętnujecie cyrk polityczny uznając go za jeden z głównych szwindli na ziemi. A co byście powiedzieli na koncert w gmachu... Sejmu, gdzie scena umieszczona byłaby na mównicy poselskiej?
B: He,he,he... Bardzo chętnie, choć wydaje mi się to równie realne co koncert w kaplicy matki boskiej częstochowskiej...
W: Chyba raczej matki bosej często chorej... Ale wracając do twojego pytania, to nie miałbym nic przeciwko, pod warunkiem, że wcześniej akompaniowalibyśmy orszakowi pożegnalnemu, który wysłałby pracujących w tym budynku darmozjadów na Marsa.
10.W jakich najdziwniejszych miejscach zdarzało się koncertować Filth Of Mankind?
W: Szczerze mówiąc wiele takich miejsc nie było (w przeciwieństwie do licznych koncertów, w których uczestniczyłem jako widz - tu wymienić należałoby przede wszystkim zaskłotowany... kościół w miejscowości Breda w Holandii), ale we francuskim mieście Nancy graliśmy na festiwalu hc/punk na korytarzu... szkoły podstawowej. Szczególnym odjazdem były toalety gdzie obok normalnych muszli i pisuarów były takie o połowę mniejsze, zainstalowane z myślą o pierwszakach. Poza tym impreza zaczynała się o godz.15 i kończyła o 22, podczas gdy mało który koncert na Zachodzie zdążyłby się przed 22 rozpocząć.
B: Ja też większych przygód pod tym względem nie pamiętam, raczej były to skłoty lub jakieś kluby (a czasami i zapadłe dziury). W Goteborgu graliśmy w domu kultury, w którym na jednej sali bawili się punkowcy, a tuż obok odbywał się dość konkretny... Bal Seniora.
11.Mieszkacie nad morzem. Mówi się, że zespoły wywodzące się z miejscowości nadbałtyckich przesiąknięte są jego klimatem, często mimowolnie. Można muzykę FOM kojarzyć z morzem, czy będzie to stwierdzenie niedorzeczne?
W: Jest to chyba stwierdzenie odnoszące się do kapel z kręgu tzw. Gdańskiej Sceny Alternatywnej. Być może rzeczywiście w latach osiemdziesiątych w dużym porcie łatwiej było o nowości z Zachodu, które jakoś tam inspirowały ówczesne zespoły. Miejsce, w którym mieszkamy na pewno w jakiś sposób nas kształtuje, ale myślę, że bardziej wpłynęło na nas duże miasto niż bliskość morza. Choć może właśnie to zestawienie (miasto/przemysł - morze/natura) zaowocowało naszą niejednoznaczną muzyką? Mówiąc szczerze - nie sądzę.
B: Nie wydaje mi się byśmy jakoś szczególnie byli przesiąknięci klimatem morza, myślę że gralibyśmy taką samą muzykę w każdym innym miejscu. Sądzę, że bardziej przesiąknięci jesteśmy klimatem wielkiego miejskiego molocha niż klimatem morza, chociaż potężna burza nad jego brzegiem może być inspirująca...