MAC PARIADKA NR 1/2000, STYCZEN 2000:

Ten moment nieodwołanie musiał nadejść - chcąc nie chcąc (choć szczerze mówiąc chcąc) musieliśmy kiedyś wziąść się za przepytywanie naszych ziomków z mrocznej orkiestry filth of mankind - tym bardziej że okazja ku temu jest znakomita, po kilku latach istnienia i coraz większej ilości granych tu i tam koncertów zespół dorobił się w tych dniach swego pierwszego wydawnictwa i ci, w których ręce wpadnie singiel czas końca wieku będą musieli przyznać, że jest to niebanalny debiut. W dyspucie udział brali: Wolf (W), Balon (B), Michał (M) i Tomek (T).
Jak to się stało, że Abnormal Citizens przekształciło się w Filth O f Mankind?
B: Abnormale zaczęli grać około 1992 roku. Działalność zespołu trwała trzy lata, po czym zdecydowaliśmy, że jednak nie jest to do końca to, co chcieliśmy robić, co chcieliśmy grać - skład się rozsypał, potem Paweł został gitarzystą i to był właściwie początek Filth Of Mankind.
W: Kiedy doszedłem od razu ustaliliśmy, że muzyka będzie inna, a w związku z tym za właściwą uznaliśmy zmianę nazwy.
Tak czy owak wszystko działo się na Zaspie?
W: Oczywiście, chociaż Maciek - nasz pierwszy wokalista mieszkał w Brzeźnie, ale z Zaspy do Brzeźna blisko...
Wygląda na to, że wielu ludzi w Polsce myśli, że w Gdańsku gra bardzo dużo zespołów, ale tak naprawdę to są cały czas ci sami ludzie. Jak to się wszystko zazębiało personalnie?
W: Matko Boska! Tego się nie da opisać...
T: To trzeba narysować!
Spróbujcie więc opisać cały klimat związany z garażem...
W: Był to garaż Maćka, który w owym czasie udzielał się w kilku kapelach. Ponieważ było miejsce, był sprzęt i młodzi ludzie, którzy mieli bardzo dużo wolnego czasu, kapele rosły jak grzyby po deszczu. Poszczególne osoby miały swoje pomysły na różne kierunki muzyczne i z czasem okazało się, że ci sami ludzie tworzyli odmienne zespoły. Zresztą kurwa, może rzeczywiście ponieważ niejeden znajomy wypytywał mnie jak to z tymi koligacjami bywało, warto raz to spisać ,,na łamach”. Oto więc składy garażowych kapel:
Money Drug: Maciek - git., Kalka & Balon (następnie zastąpiony przez Wasyla) - voc., Miłosz - dr, Młody -bass;
Stench Of Death: Młody & Miłosz - git., Maciek - bass, Kalka - voc., Balon -dr;
Noise Grass: Maciek - git., Zwierzak - voc., Miłosz - bass, Kula - dr;
Protest And Survive: Młody - dr, Wolf - git., Maciek - bass, Sara - voc.;
Filth Of Mankind: Miłosz & Wolf - git, Balon - dr. Lażej - bass, Maciek - voc.
Jak więc widać, było tego raptem z 10 osób i aż 5 kapel, a wymieniłem tylko te, które grały w garażu (a np. Młody i Zwierzak grali wówczas również w White Indians) i tylko te, które istniały dłużej niż parę miesięcy, tymczasem dużo było tworów efemerycznych, czasem wręcz projektów jednorazowych. Ferment twórczy był zatem silny, dużym plusem było przy tym. że każda z tych kapel brzmiała zupełnie inaczej od reszty - kto słysząc Money Drug i Noise Grass zgadłby, że łączą je aż dwie osoby i że to one w dodatku stworzyły większość repertuaru obu kapel? Myślę, że pod względem miejscówki, te pierwsze dwa lata stanowiły najlepszy okres w historii Filth Of Mankind.
Dlaczego więc jest tak, że prawie żaden z tych zespołów praktycznie nie zaistniał poza kręgiem znajomych: nic nie nagrał, nawet jak nagrał, to nie wydał -jak Noise Grass? Jak to się działo, że zespoły, które istniały - biorąc pod uwagę kryteria scenowe długo: po kilka lat, które grały w miarę dużo koncertów jak na nikomu nieznane kapele, nic z tego nie wychodziło poza Trójmiasto i okolice?
W: Po pierwsze, poza Money Drug i później także nami, żaden z tych zespołów bynajmniej nie grał dużo koncertów. A po drugie, wynikało to chyba z tego, że energia tych kilku osób rozpraszała się w zbyt wielu kierunkach i stąd trudno było poświęcić każdej z tych kapel z osobna wystarczającą ilość czasu i zaangażowania.
A nie było trochę tak, że to była kwestia podejścia? Większość załogi była bardzo młoda i traktowała to wszystko tylko jako hobby, nie wkładała w to aż tyle energii, żeby wyszło z tego tak dużo jak mogło?
T: Na pewno wiek odegrał jakąś rolę. bo czym człowiek starszy tym poważniej traktuje pewne rzeczy.
W: Poza tym na pewno chodziło też o finanse. Wiadomo, że młode osoby, będące na utrzymaniu rodziców średnio mogły sobie pozwolić na opłacenie studia, a co dopiero, gdy udzielały się tak jak Maciek czy Miłosz w czterech czy pięciu kapelach jednocześnie.
T: Tak. to słaby sposób na zrobienie dobrego zespołu.
B: A poza tym część osób, które tworzyły te zespoły zajęte były ważniejszymi dla nich sprawami: Maciek, jak sam stwierdził, musi ułożyć sobie życie, Zwierzak ma dziecko, Młody co jakiś czas wyjeżdża i w ten sposób jakoś się to rozpadło.
Jak więc wygląda teraz wasz skład i skąd się wziął?
W: Od początku grania jako Filth Of Mankind została nas trójka: Balon na perkusji, Miłosz na gitarze i ja, Wolf, też na gitarze. Ponad rok temu zmieniliśmy basistę. Obecnie jest nim Michał, który też grał w kilku gdańskich kapelach, m.in. w Enough! i Belfast. Trochę mniej niż rok temu zmieniliśmy wokalistę, którym jest Tomek, do niedawna gitarzysta i wokalista Enough!
T: Czacha, mów mi Czacha!
Gracie już tyle czasu i dopiero teraz nagraliście singla. Dlaczego tak długo to trwało?
M: W tym składzie gramy w sumie dość krótko - ten rok był nam potrzebny, żeby się do siebie dopasować. Myślę, że to nie jest zbyt długo.
W: Myślę, że wynikało to poniekąd z tego, że przez długi czas część z nas angażowała się w inne zespoły i to pochłaniało sporą część ich energii, a poza tym - takie są realia: od początku założyliśmy, że jak wejdziemy do studia, to do dobrego, a to wymagało odpowiedniej ilości gotówki. Pierwotnym planem było nagranie od razu całej dużej płyty, z czego jednak później zrezygnowaliśmy i wszyscy zgodnie się z tego cieszymy. Wiadomo, że pierwsza wizyta w studiu nigdy nie sprawi, że będziemy w stu procentach zadowoleni - lepiej potraktować to jako pierwszą lekcję: wejść do studia na krótszy czas, zobaczyć jak to jest, nagrać parę kawałków Wcześniej chcieliśmy więc opracować spójny materiał na tą płytę, a to też wymagało czasu. Do tego dochodzą liczne inne historie: ja bardzo dużo podróżuję, Miłosz spędził pół roku na innym kontynencie.
M: Do tego dochodzą kłopoty z próbami - przez długi czas nie mieliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy spokojnie pracować. Teraz kroi się coś konkretnego. Póki co, przez ostatni rok,
wszystko odbywało się w domu kultury - godziny prób były z góry ściśle ustalone i nie można było ani minuty przedłużyć, chociaż większość z nas na pewno mogłaby i chciała grać dłużej niż pani kierowniczka na to pozwalała. To na pewno też przyczyniło się do opóźnień w nagraniu naszego materiału.
W: Za to teraz, ledwie wydamy ten singiel, już myślimy o ponownym przyjebaniu, tym razem już pełnowymiarowym materiałem.
Nie jest to raczej typowe w naszym kraju, żeby zespół wydawał winyl, a już winylowy debiut to ewenement- choć z drugiej strony wyjątkami są rzeczone Money Drug i Antychryst. Tak czy owak -dlaczego?
W: Trochę wiąże się to ze zmianą planu dotyczącego nagrania całej płyty. Nagraliśmy tylko kilkanaście minut materiału - wydanie tak krótkiej kasety mijałoby się z celem. Część z nas to zdecydowani entuzjaści winylu, a przy tym ja sam wydaję płyty, odpada więc ten wielki problem wielu zespołów związany z wydaniem i dystrybucją - oczywiście wymaga to włożenia sporej energii, ale ponieważ w tym siedzę, wiem, że jest to możliwe, a więc ten problem nam odpadł.
Czy można więc powiedzieć, że Filth O f Mankind jest zespołem ukierunkowanym na Zachód, bo tam o wiele łatwiej sprzedać płyty to raz, a dwa, bo zespół - praktycznie nieznany w Polsce - ma za sobą dwie mini-trasy po Europie, co samo w sobie też jest ewenementem.
B: Co do tego ukierunkowania na Zachód za sprawą płyt, to odwracając kota ogonem, gdybyśmy wydali kasetę oznaczałoby to automatycznie, że w 95% swych odbiorców znaleźlibyśmy w Polsce, bo tu są one towarem, który schodzi niczym świeże bułeczki, a z tego co wiem, to na Zachodzie nie. Więc oznaczałoby to zamknięcie się w ,,polskim getcie". Kaseta wyjdzie, jak nagramy dużą płytę.
W: Za granicą do tej pory graliśmy cztery kilkudniowe mini-trasy i jedną poważną, trzytygodniową. Po prostu, przy naszych kontaktach, łatwiej jest załatwić trasę nieznanej kapeli na Zachodzie niż tutaj w Polsce. Pomijając pojedyncze wypadki osób, które znają nas personalnie, praktycznie nie ma szansy na to, żeby ktoś nie słysząc nagranego materiału kapeli zgodził się zrobić jej koncert. Zamieszczaliśmy np. liczne ogłoszenia w zine'ach, w newsletterach, że chętnie zagramy, na śmiesznych przecież warunkach, a odzew był niemal żaden. I tylko i wyłącznie dlatego połowę dotychczasowych koncertów graliśmy zagranicą.
Jak się to załatwia?
T: Zdradź tajemnicę - wszyscy będą jeździć na Zachód!
W: Po prostu: wisząc godzinami na telefonie, pisząc setki listów i - nie da się ukryć - gdy chodzi o kapelę nieznaną, jest to kwestia znajomości. Ale to słowo nie ma tak pejoratywnego znaczenia jak w języku potocznym, kiedy mówisz, że coś tam załatwiasz dzięki znajomościom i układom. Wiadomo, punk, hard core, polega moim zdaniem w dużej mierze na komunikowaniu się i te znajomości, wypracowane przez żmudne odpisywanie na listy, tudzież podróżowanie i poznawanie ludzi, a często i nawiązywanie przyjaźni, procentują w momencie, gdy chcesz sobie załatwić trasę. To tak jak z większością relacji międzyludzkich: im więcej ofiarowujesz z siebie, tym więcej dostajesz w zamian.
Jak byliście odbierani na Zachodzie, jako kapela zupełnie nieznana?
M: Myślę, że całkiem dobrze...
W: Rozpoznawano grane przez nas covery...
Jaka jest różnica między koncertami na Zachodzi i w Polsce, w tym sensie, że jak wygląda sytuacja, w której ani tu ani tam znaczna większość publiki w ogóle nie zna zespołu?
T: Wydaje mi się, że różnica jest bardzo duża. Na Zachodzie na koncertach jest więcej konkretnej ekipy, która przychodzi żeby uczestniczyć w tym wydarzeniu, słuchać grających zespołów – jest tym naprawdę zainteresowana. W Polsce często większość publiczności stanowią całkiem przypadkowi ludzie, dzieciaki, które często są zbyt najebane, żeby kumać co się dzieje. Oczywiście tam też sporo ludzi pije na koncercie, ale to nie jest główny cel – przychodzą posłuchać muzyki i to niekoniecznie granej przez jakąś gwiazdę.
W: Z drugiej strony tam też zdarzają się jakieś całkowite porażki – jak zwykle trudno jest uogólniać i mówić, że tam jest tak, a tu inaczej.
B: Fakt, że zdarzało się nam grać dla pustej sali, podczas gdy dziesięć metrów dalej bar święcił triumfy...
W: I to bynajmniej nie dlatego, że tak chujowo graliśmy, działo się tak samo przez wszystkie, dość różnie grające kapele.
Zdarzało wam się już grać na kilku większych koncertach i na szeregu bardzo małych – czy to podczas tras, czy w Polsce. Co jest lepsze? Zwłaszcza w tym momencie, kiedy w Polsce zrobiła się taka idiotyczna sytuacja, ze albo organizuje się wyjebany na maksa festiwal z gwiazdami w programie, na który przychodzą setki osób, albo – mały koncert, na którym są pustki totalne, nie ma nikogo, oprócz garstki znajomych – typowe getto. Co jest według was zdrowsze? Co jest bardziej punkowe, niezależne, co wam bardziej pasuje jako zespołowi i jako ludziom?
B: Ja wolę grać małe kameralne koncerty – czuję, że wtedy jest lepszy odbiór, że ludzie bardziej się angażują, choć nie oznacza to, że nie zagram na dużym festiwalu.
W: Odnoszę wrażenie, że na festiwalach, gdzie większość publiki przychodzi oglądać jakąś Pidżamę Porno, nasza muzyka raczej nie trafiałaby do publiczności. W związku z tym granie nawet przed kilkoma setkami osób, w sytuacji gdy czujesz, że nie zwracają one za bardzo uwagi na to, co robisz nie ma za bardzo sensu. Stanowczo wolę grać dla trzydziestu czy nawet piętnastu osób, którym się to podoba i które to czują. Co nie znaczy, że w ogóle nie chciałbym grać większych koncertów, chodzi tylko o zasady na jakich są robione. Na przykład festiwale, na których graliśmy zagranicą – chociażby w Lipsku, Ieper czy Nancy były w stu procentach OK. – choć wśród kapel były te bardzo popularne, by nie rzec „gwiazdy”, to imprezy były czysto d.i.y., bez żadnych balansujących między sceną, a szołbiznesem „już nie punk, a jeszcze nie gwiazda, choć bardzo bym chciał” palantów, a publika choć liczna, to nieprzypadkowa, kumata i zainteresowana również mniej znanymi kapelami. Grać na takich imprezach to czysta przyjemność.
Co w ogóle sądzicie o gettowości sceny – czy powinna być kliką znajomych, jak wygląda to na niektórych koncertach w Polsce – w Toruniu czy w Łodzi nie robi się nawet za bardzo plakatów przed koncertami, bo i tak cała załoga dowie się o nich i nikt nie dba za bardzo o to, żeby ta informacja dotarła do większej ilości ludzi. Czy z drugiej strony powinno się stosować różne sposoby przyciągania ludzi z zewnątrz?
T: Między tymi dwoma rzeczami jest bardzo delikatna granica
Powiedzmy wprost – czy należy się zamykać czy otwierać na innych ludzi?
W: Wydaje mi się, że granice powinny istnieć w sferze organizacyjnej, ale na pewno nie powinny one dotyczyć ludzi, do których się adresuje imprezy. Jeśli chodzi konkretnie o kwestię plakatów, to stanowczo jestem zwolennikiem robienia ich, rozklejania gdzie tylko można i informowania o koncercie każdego potencjalnie nim zainteresowanego. Z kolei z drugiej strony, preferuję robienie koncertów w małych – to chyba też jest pojęcie względne, ale przede wszystkim – w miarę możliwości, we własnych miejscach i bez wpierdalania jakichkolwiek sponsorów – zwłaszcza jeżeli miałyby to być jakieś duże firmy czy na przykład bardzo ostatnio popularne browary. Nie widzę też powodów by zapraszać tzw. „gwiazdy”, które wykorzystują scenę by odbić się z niej wprost w mainstreamowy biznes.
Małe, własne miejsca – dobry temat w kontekście waszych osobistych doświadczeń. Cofnijmy się o kilkanaście miesięcy wstecz – Rzeźnia, bardzo ważne przez moment miejsce w Gdańsku, a Filth Of Mankind był jako zespół zaangażowany w pewien sposób w cała sprawę.
W: Rzeźnia powstałą wiosną 1998 roku, początkowo tylko jako miejsce na próby, odkryte przez Michała i jego kumpla. Było to dolne piętro w praktycznie jedynym ocalałym budynku na terenie nieistniejących, zdewastowanych Zakładów Mięsnych. Notabene, nie był to budynek produkcyjny, tylko były Klub Pracownika, czy coś w tym stylu, w każdym razie była tam nawet sala widowiskowa z gotową sceną. Chłopcy dogadali się z zarządzającym tym syndykiem i można było grać, co dla nas było o tyle zbawienne, że właśnie od dobrych kilku miesięcy brakowało nam własnego kąta. A po jakichś dwóch miesiącach udało się już skupić wokół Rzeźni na tyle liczną ekipę, że postanowiliśmy zrobić coś na kształt centrum kultury alternatywnej. Nie do końca to może wyszło, ograniczeń było sporo, jednak miejsce się rozwijało, remont postępował, złożyliśmy wniosek o zarejestrowanie stowarzyszenia, odbywały się wystawy i imprezki taneczno – towarzyskie i gdyby nie tzw. wróg wewnętrzny miejsce mogłoby naprawdę rozkwitnąć, zwłaszcza już po rejestracji Autonomicznego Kolektywu Twórczego, co umożliwiłoby nam np. legalne robienie imprez i koncertów, bez groźby kolegium, którym gliniarze straszyli organizatora koncertu Oi Polloi.
M: Pomimo postrzegania Gdańska jako miasta skinów, Rzeźnia nie upadła przez nich. Problem polegał na tym, że współpracowaliśmy z nieodpowiednimi ludźmi, którzy mieli dbać o porządek, pomagać, a wyszło na to, że to właśnie oni zaczęli psuć zdrowy klimat i demolować całe miejsce. Wkrótce doprowadziło to do kilku wjazdów policji i wszystko szybko się skończyło. Nie ukrywam jednak, że z czasem, w którym działała Rzeźnia wiąże się okres naszych najbardziej efektywnych prób. Czas był nienormowany, nikt nam nie przeszkadzał. Miejsce było niezależne.
T: To zdecydowanie, oprócz C-14 najlepsza rzecz, jaką udało się zrobić w Gdańsku.
M: Wydaje mi się, że to nie był najlepszy czas, żeby robić coś poważnego. Gdybyśmy zaczęli pół roku później, może wyszłoby z tego coś bardziej konkretnego.
W: Na pewno minusem była nieszczęśliwa lokalizacja, która zaowocowała - po raz kolejny zresztą - fatalnym sąsiedztwem. Za czasów C-14 byli to skinheadzi, tym razem - banda dresiarzy, którzy dzięki pewnym personalnym układom mieli być nam pomocni, ale nie da się ukryć, że tylko i wyłącznie im zawdzięczamy upadek tego miejsca.
Jak według was na tym tle wygląda potencjał młodzieży w Trójmieście. Dawno temu było C-14 rozkręcone w sumie przez ekipę ex-wipowców, tak naprawdę - starych dziadów, potem pojawiła się Rzeźnia, która jakąś tam energię z ludzi wykrzesała, ale z kolei po jej upadku nie dzieje się kompletnie nic. Co z tego wynika, czy załoga ma jakikolwiek potencjał twórczy?
T: Załoga tak naprawdę ma energię na to, żeby łoić na stricie i to wszystko. Dzieciaki mają dobrze w chatach i nie potrzebują robić skłotu, choć z całą pewnością jest tu kilka miejsc, które można by polecić na tego typu działalność - są nie zasiedlone, są własnością miasta i gdyby je zagospodarować, podejrzewam, że za bardzo niewielką opłatą można by tam spokojnie siedzieć i kręcić jakieś imprezy. Ale prawda jest taka, że wszystkim jest dobrze w domu i wszyscy to pierdolą. Jest garstka osób, która tak naprawdę działa - czy to muzycznie, czy to przez jakieś wydawnictwa, jest mała ekipa, która kręci czad giełdy i to wszystko. A reszta siedzi i napierdala browary.
M: To działa w dwie strony - wydaje mi się, że w tej chwili wszystko rozbija się o to, że nie ma miejsca, w którym możnaby się spotkać, coś ustalić, skonsolidować się, stworzyć jakieś więzy
B: Ale Rzeźnia jednak pokazała ze jakiś potencjał był - pojawiło się wokół niej dwadzieścia czy nawet trzydzieści osób, którym na czymś zależało - choćby na tym, żeby to miejsce dobrze funkcjonowało.
Ale minął rok i cały potencjał się poszedł jebać - od Oi Poiłoi właśnie w Rzeźni nie było w Gdańsku praktycznie żadnego koncertu.
W: Bo jest ekipa, która cały czas narzeka, że nic się nie dzieje i czeka aż te parę osób, które zwykło robić imprezy zrobi coś. A sytuacja wygląda tak, że ta garstka ma już święte prawo poczuć się zmęczona ciągłym użeraniem się z jakimiś problemami typu chujowy właściciel klubu czy inne podobne kwestie i sytuacja jest jaka jest, nawet jeśli taka osoba ponownie spróbuje coś zrobić, to oczywiście zamiast słowa podziękowania czy oferty pomocy, usłyszy jeszcze narzekania na drogie bilety,
B: Może jest tak, że ludzie którzy robili cokolwiek w Rzeźni zniechęcili się tym co się stało, poczuli się zmęczeni i wkurwieni i nie chce im się tworzyć czegoś przez pół roku lub więcej i później oglądać jak dwóch, trzech kretynów rozpierdala to w pięć minut. Chociaż uważam, że Rzeźnia powinna być jedynie lekcją i nauczką na przyszłość, a nie powodem całkowitej bierności.
Jeszcze jeden stereotyp dotyczący Gdańska, to postrzeganie tutejszej załogi jako ultra-crustowej. Co o tym sądzicie, jako bądź co bądź jeden z ważniejszych w tej chwili zespołów stąd?
W: Gdańsk jest tak widziany przez osoby, które ostatni raz tu były u cioci nad morzem, gdy miały dwanaście lat, a teraz jedyny ich kontakt z tym co się w Gdańsku dzieje to tyle co usłyszą o nas, przesłuchają kasetę Enough! albo singlaMoney Drug, które gdzieś tam przypadkiem wypatrzyły na czad giełdzie. A prawda jest taka, że spośród kilku kapel, które wciąż tu istnieją, każda gra praktycznie zupełnie inną muzykę, zupełnie różne style punkrockowego grania i na pewno nie jest tak, że Gdańsk jest miastem crusta. Zresztą nawet my, choć gramy szybko i ciężko, niezbyt chętni jesteśmy do kojarzenia naszej muzyki ze sceną crust.
B: Na dobrą sprawę jedynym crustowym dziełem było to, co robiliśmy z Money Drug, nigdy więcej w Gdańsku crustowego zespołu nie było. Enough! jak grało to wiadomo, ale było to bardziej zbliżone do metalu niż crusta.
Coś mi tu chyba pierdolisz. A o co chodzi z tymi czaszkami?
W: Czaszki wiadomo, być muszą!
T: To jest moja sprawka!
Amebix, Misery?
W: Amebix, Misery? To dobre zespoły, które - nie da się ukryć - wpływ na nas wywarły ogromny i są dla nas inspiracją. Ale z drugiej strony wystarczy posłuchać naszych nagrań, żeby stwierdzić, że nie są to kapele, z których zrzynamy. Na pewno nie gramy dokładnie tak jak którakolwiek z nich, a inspirację znajdujemy też i w wielu innych skupinach.
Jaki jest przekaz zespołu?
W: Pesymistyczny, tak jak i muzyka.
I tu pytanie, dlaczego? Zarówno z tekstów waszych kawałków, jak i z kilku słów, które pojawiły się na ulotce zespołu, która zresztą swego czasu trafiła także na te łamy, wynika wprost, że wasze spojrzenie na świat, na rzeczywistość jest bardzo pesymistyczne, że generalnie jest przejebane. Skąd takie wrażenie i dlaczego tak właśnie postrzegacie świat.
W: Wystarczy rozejrzeć się dookoła...
Kolesie z innych kapel - weźmy na przykład takie Upside Down - też się rozglądają dookoła i wyciągają zgoła inne wnioski!
W: Oni postrzegają świat przez pryzmat chmury z ziela, które jarają cały czas i to chyba ona wyostrza im kolory.
T: Warto pokazać ludziom syf, jaki ich otacza.
W: W rzeczonej ulotce znalazły się także słowa o tym, że nie tylko w ten sposób postrzegamy świat, jest to tylko jakiś wycinek, wydaje mi się - dość ważny. Widzimy też wiele plusów w życiu.
B: Teksty nie są na pewno w żaden sposób oryginalne i nowatorskie -obracają się wokół stałych scenowych tematów: policja, przemoc, seksizm, homofobia, polityczne machloje, śpiewamy o tym bo to są problemy aktualne i cały czas wkurwiają.
W: Mnóstwo wizji zagłady, nadejścia której - przynajmniej ja - jestem pewny. Jest nieunikniona.
No to kiedy?
W: No, nie jestem Nostradamusem, żeby ci tu datę podawać.
Bo my, wiesz, chcemy wiedzieć, czy warto ten wywiad w ogóle z taśmy spisywać, bo jak się ma następny numer Maci w ogóle nie ukazać, to na chuj się męczyć?! Wracając jednak do czaszek w połączeniu z poruszanymi przez wiele innych zespołów tematami. Czy nie boicie się zarzutu o wtórność: czemu, kurwa, te wszystkie punkowe kapele mają wszystkie okładki czarne i drą się o tym samym?
W: Prawdę mówiąc w tej chwili mało co w punk rocku jest tak naprawdę nowatorskie. Nawet zespoły najbardziej, nazwijmy to, progresywne - na przykład bardzo lubiany przeze mnie Submission Hołd - także łatwo jest oskarżyć o powielanie jakichś tam wzorców. Niektóre zespoły powielają czarne okładki, inne powielają okładki kolorowe. Moim zdaniem w punk rocku nie chodzi o nowatorstwo, ale o szczerość przekazu i myślę, że to powinno się liczyć, a nie to, czy zespół gra muzykę podobną do czegoś, co było wcześniej czy też nie.
B: Poza tym wkurwiają mnie ludzie, którzy tylko wyczekują, by oskarżyć kogoś o powielanie. Idąc tym tropem równie dobrze mógłbym oskarżyć zespoły hard core'owe o to, że są wtórne, ich okładki to nic innego jak załoganckie zdjęcia, muza oklepana, bo albo new albo old school, teksty, wiadomo: „hard core moje życie” albo „hard core do śmierci”, nie mówiąc już o zespołach ska... Te to są dopiero oryginalne. Hardcore/punk to szczerość a nie oryginalność.
T: Mi się podoba to co robię i w jaki sposób to robię. Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego - taki styl mi po prostu odpowiada i tyle.
W: Z drugiej strony pierwiastek kreatywności być w tym wszystkim musi i nie zamierzam tu bronić np. całej konwencji disowej, w której często nie o braku oryginalności, ale po prostu o bezmyślnym kopiowaniu mówić należy. To się jednak znowu wiąże z tym, co mówiliśmy o szczerości. Ja - i podobnie zapewne Balon - piszę może i nie oryginalnie, ale o tym, co mnie rzeczywiście porusza, zaś w wypadku gościa piszącego kilkanaście czterolinijkowych tekstów, w których przewijają się często te same wyrażenia żywcem ściągnięte z Discharge, trudno mi dostrzec ślady autentyczności.
Czy obok przekazywania wizji jak jest chujowo, zamierzacie sprzedać jakieś recepty co robić, żeby to naprawić? Nie chcemy powiedzieć: „jak wejść w nowe tysiąclecie”, ale coś w tym stylu...
W: Coś mi tu pierdolisz! A tak poważniej -szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy stać nas na sprzedawanie recept. Myślę, że każdy powinien znaleźć sobie własną. My staramy się jedynie uczulić ludzi na pewne sprawy, natomiast, jak sobie z nimi radzić - nie do nas należy podpowiadanie tego komukolwiek.
B: Niech ludzie wyciągają w| tego, co usłyszą i dochodzą do własnych recept.
W: Swoją drogą, nie sądzę byśmy nawet we własnym gronie byli zgodni co do konkretnych, holistycznych rozwiązań. Kapela to pięć różnych osób, nie jakiś monolit.
T: Recepty, poniekąd, są w samych tekstach. Co tu ukrywać, śpiewamy na przykład kawałek „Na krawędzi życia”, który nie opowiada o dupie Maryny, tylko o tym, że inne istoty też mają prawo do życia i że powinniśmy to respektować - czy to nie jest w pewien sposób recepta czy wskazówka?
Zupełnie mimochodem pojawia nam się tu temat wegetarianizmu, który - nie ukrywamy - jest dla nas w Maci bardzo ważny i staramy się, żeby był jeszcze bardziej na jej łamach widoczny. Wyraźna jest teraz tendencja, że się o tej sprawie coraz mniej mówi: niektórzy zaczęli traktować to jako coś zupełnie normalnego, jako swoje codzienne doświadczenie i nie czują potrzeby, żeby o tym mówić i dzielić się tym z innymi, reszta z kolei zdaje się zupełnie to olewać i sprawa przez to, że przestała być modna, przestaje być również rozpowszechniona i popuarna. Co o tym sądzicie? Jaki jest wasz stosunek do wegetarianizmu jako takiego i do jego promowania przez teksty i inne formy?
T: Ja, gdybym mógł, chętnie spowodowałbym. żeby w telewizji przed dziennikiem pojawiały się reklamy wegetarianizmu. Powinno się to wtłaczać ludziom w łeb!
B: Sprawa wegetarianizmu nie podlega dyskusji, natomiast nie jestem jakimś misjonarzem niosącym ludziom idee, ograniczam się jedynie do sfery tekstowej. Czasami udaje mi się porozmawiać na ten temat, głównie z ludźmi, którzy nie mają z punkiem nic wspólnego. Muszę powiedzieć, że ciekawy i jednocześnie załamujący jest stereotyp wegetarianina, który oni znają.
W: Jak najbardziej należy to propagować, choć z drugiej strony w pełni rozumiem kogoś, kto do robionego przez siebie zina nie chce wrzucać kolejnego artykułu na ten temat, bo rzeczywiście było tak, że w pewnym momencie pojawił się przesyt tą tematyką. Na pewno jest to ważna sprawa, a rzeczywiście jest tak, że przez jakiś czas nie poruszało się tej kwestii i chuj wie skąd pojawiło się mnóstwo punków, którzy z jednej strony wykazują, powiedzmy, jakieś zainteresowanie ideami, ale jednocześnie wpierdalają mięso. To powinna być dla nas nauczka, że choć część z nas, która dłużej w tym siedzi, może być tą tematyką znudzona, cały czas trzeba ją poruszać, bo jest to po prostu ważne, I tu wychodzi to, o co pytaliście przed chwilą - tak my, jak i inne kapele punkowe śpiewają o tematach może i znanych, ale wciąż realnych i ważnych. A sami wegetarianie, dobrze by było, gdyby uświadomili sobie, że i ta dieta daleka jest od naturalnej, a produkcja nabiału również okupiona jest nie „tylko” cierpieniem, ale i śmiercią zwierząt. Toteż warto dogłębnie przemyśleć czy chce się traktować wegetarianizm jako cel sam w sobie, czy też jako pierwszy dopiero, choć bardzo istotny, krok na drodze do rzeczywistej i konsekwentnej odmowy poparcia dla morderczego przemysłu.
Przed chwilą dość ostre słowa z waszej strony padały pod adresem ludzi, którzy przychodzą na koncert najebani i nie są w stanie zwrócić uwagi na to, co się dzieje na scenie i wokół niej. Warto chyba - bez żadnych oczywiście osobistych wycieczek -odwrócić całą sprawę: chlanie a granie. Na ile ta kwestia związana jest z odpowiedzialnością członków zespołu za to, co chcą pokazać publiczności i - na przykład - wiedząc, że występ kapeli zaplanowano na późny wieczór nie napierdoli się do tego stopnia by nie móc grać, na ile, z drugiej strony, jakaś ilość alkoholu może pomóc w ekspresji, swobodnym przepływie energii?
W: Na pewno jest to kwestia odpowiedzialności - nie napierdolić się za bardzo. Natomiast bardzo indywidualną kwestią jest: co znaczy za bardzo. Wszystko zależy od tego jak dana osoba jest w stanie grać, będąc pod wpływem alkoholu. Wydaje mi się, że my jako zespół staramy się dbać o to, by pewnych granic nie przekroczyć. Ja na przykład, jako że jestem cienkim gitarzystą, staram się grać w miarę trzeźwy - wiem, że trzy piwa przed występem nie wpłyną destrukcyjnie na poziom moich umiejętności. Jeśli ktoś inny jest w stanie wypić więcej i dobrze grać, to nie widzę problemu. Jak do tej pory, myślę, że był tylko jeden wypadek, kiedy przedobrzyliśmy, szczęśliwie jednak okazało się, że z innych względów przeniesiono nasz występ na następny dzień festiwalu, tak więc nic się nie stało.
B: Tak. I to był jedyny raz, kiedy przed zaplanowanym graniem wszyscy byliśmy w dość opłakanym stanie, ale dzięki opatrzności Natury nie zagraliśmy z powodu ulewy.
T: Ja staram się nie chlać, być trzeźwym, wszystko nastroić i nagłośnić, tak żeby było dobrze!
I tylko potem szukasz kaloryfera, żeby się pod nim ułożyć do snu, jak już pokoncertowe chlanie zwali cię z nóg.
T: Noooo, tak, ale – pokoncertowe!
W: A co do tych krytykowanych osób, które przychodzą najebane na koncerty, to chodzi nam tylko o menelstwo, które po pierwsze chuja wie o muzyce, która jest w danym momencie grana, a przede wszystkim psuje zabawę innym.
Pora kończyć, żeby nie było że was za bardzo promujemy, macie coś do dodania?
W: Dzięki za wywiad i pozdrowienia dla wszystkich przyjaciół. NO GODS, NO MASTERS AND NO HOPE OF A BETTER TOMORROW!
|